Niemiecka żona polskiego milicjanta

Czytaj dalej
Fot. Archiwum domowe
Aleksandra Radecka

Niemiecka żona polskiego milicjanta

Aleksandra Radecka

Urodziła się 17 czerwca 1939 roku w miejskim szpitalu w Berlinie, tuż przed wybuchem wojny. Nazwano ją Karin, bo takie było życzenie babci.

Nic wtedy nie zapowiadało, że niemiecko brzmiące „Karin” zostanie kiedyś zamienione na polskie „Karina”, tak jak tego, że na zawsze opuści kamienicę przy berlińskiej Wullen-weberstraße i rozpocznie życie gdzieś na Pomorzu Zachodnim.

Niemal od początku wychowywali ją babcia - Holenderka Anna Becker i dziadek - Polak Tomasz Ilski. Była panieńskim dzieckiem Johanny Schmidt. Karin pamięta, że dziadkowie mieli w Berlinie sklep z tytoniem i firmę budowlaną, zatrudniającą czter-dziestu pracowników. Mieli też trzy kamienice. Stracili wszystko. Po bombardowaniach miasto zrównano z ziemią, a w ich dzielnicy Tiergarten zachował się jedynie kościół św. Mateusza.

W 1948 roku rozpoczął się pierwszy poważny kryzys. Brakowało wszystkiego: opału, picia, jedzenia i ubrań. Tomasz Ilski, dziadek Karin, zarządził powrót do swojej ojczyzny. Długo przekonywał żonę, w końcu się zgodziła. Decyzja przybrała konkretny kształt: pociągu towarowego z Berlina do Szczecina i dalej do Kalisza Pomorskiego. Do wagonu wsiedli wszyscy: Tomasz, Anna, ich córka Etta i wnuczka Karin. Tylko jej matki nie było, obiecała, że wkrótce do nich dołączy. Nigdy nie przyjechała. Nie wierzyła, że tam czeka ją coś lepszego. Jechali do miejsca znanego jedynie z opowieści dziadka. Wyblakła karta jego pamięci zaczynała nabierać kolorów, zupełnie tak jak w pracowni fotografa, gdy na białej płaszczyźnie rysują się zaledwie kontury i nagle obraz rozszerza się o nowe, wrzucane magiczną siłą szczegóły.

On widział polską ziemię i swoją przyszłość. One tylko białą przestrzeń, wypełnioną samymi znakami zapytania.

Tęsknota…

Do Szczecina dotarli 17 czerwca 1948 roku, dokładnie w dziewiąte urodziny wnuczki. Na dworcu kolejowym Tomasz kupił jej lizaka. Miał kształt ogromnego serca i owocowy smak. Był taki duży, że musiała go lizać niczym mały kotek. Skarb malał powoli, bo co rusz odkładała go na szary papier, szczęścia wystarczyło na całą drogę. I chociaż od tej chwili minęło siedemdziesiąt lat, ona zapamiętała, że podróż do Polski była słodka.

Chcieli jechać do Gdańska, ale dostali nakaz wyjazdu do Kalisza Pomorskiego. Pokonanie stu kilometrów zabrało siedem dni.

Pięknego, słonecznego dnia znaleźli się w zbitym przez wojnę miasteczku. Widok przygnębiający. Straszyły ruiny zniszczonych domów, nieznani ludzie mówili w obcym języku. Tylko Tomasz znał tę szeleszczącą mowę. Otrzymali pozwolenie na zajęcie domu w centrum miasta przy ulicy Wolności. Weszli do obcego mieszkania niechętnie. Od progu uderzył ich dziwny zapach kurzu i gęsich piór, które unosiły się, podrywane podmuchami powietrza. Anna pomyślała o spalonych kamienicach w Berlinie i natychmiast poczuła silne ukłucie. Usiadła na rogu łóżka, a łzy popłynęły same. Już po paru dniach wiedziała, że nikt ich tu nie chce. Niemców wysiedlono, więc co to za pomysł, żeby tu przyjeżdżać. Kiedy kładli się spać, nieznani sprawcy kałem pisali na frontowej ścianie ich domu: „hitlerowcy”, „SS”, „Szwaby”. Wstawała wczesnym rankiem i starannie wszystko myła. I tak co dzień…

Nie wytrzymała, napisała mężowi kartkę, że wraca do Berlina. Poszła piechotą. Milicja odnalazła ją czterdzieści kilometrów od Kalisza. Nie chciała zawrócić, ale Tomasz obiecał, że się przeprowadzą. Słowa dotrzymał, chociaż dopiero trzeci adres okazał się bezpieczny.

Niemcy wśród Polaków

Zamieszkali przy ulicy Adama Mickiewicza, w domu z pięknym widokiem na jezioro Bobrowo Małe. Anna Ilska, patrząc na kwitnące za oknem róże, robiła na szydełku, na drutach lub szyła na maszynie. Za uszycie fartucha dostawała 5 zł albo dziesięć jajek. Zrobiła dwa berety i już były dwie kostki masła. Chowała kozy, więc było też mleko. Tomasz pracował jako murarz. Miodu tu nie było, tak jak obiecywał. Ona mogła sobie wielu rzeczy odmówić, ale na pewno nie papierosów. W Polsce znalazła nową markę Żeglarz. Karin pamięta więc, że w domu był suchy chleb, margaryna, dżem i syrop z buraków i… obowiązkowy zapas papierosów. Babcia układała je starannie w Zigaret-tenschachtel (cygarniczce) i liczyła. Karin nieraz słyszała: „Jest siedemnaście, a było osiemnaście. Ty zaczynasz palić!? Przyznaj się”.

Anna chowała Ettę i Karin jak dwie córki, rozmawiała z nimi tylko po niemiecku, bo nie znała polskiego. Karin była jej nauczycielką i tłumaczką. Kazała jej na głos wymawiać polskie słowa, a babcia powtarzała. Wychodziło zabawnie. Na przykład słowo „żarówka” zamieniała na „stalówka”, a „herbata” na „garbata”. Kiedy szła do sklepu, pokazywała palcem. I tak wszyscy wiedzieli, że jest Niemką. Nigdy tego nie ukrywała. Nie starała się wtopić w polską kulturę i obyczaje.

Jednak jej córka musiała błyskawicznie nauczyć się języka. Miała 23 lata, a w domu potrzebne były pieniądze. Poradziła sobie, zatrudniono ją bez problemu. Podobnie było z Karin, która jako piętnastolatka zgłosiła się do pracy w kuchni, w Melioracji. Wstawała o wpół do czwartej rano, musiała się spieszyć, by o 5.30 przygotować dla stu osób śniadanie, później obiad i kolację. Do domu wracała o 22. Zarabiała 420 zł. Sobie zostawiała dwadzieścia.

- Kino - dwa złote, landrynki - 14.10 za kilogram, papierosy Żeglarz - 3.60, a białe tenisówki 55 - wylicza zapamiętane ceny. Za swoje dwadzieścia złotych nie mogła kupić nawet tenisówek. Czasami płakała w samotności, ale nigdy nie zwątpiła w to, że babcia Anna ją kochała.

Dzisiaj Karin wspomina: - Kiedy w Berlinie po bombardowaniach w 1945 roku spaliła się kamienica moich dziadków, a mama mieszkała w czeskich Sudetach, babcia zawiozła mnie tam pociągiem. Zostawiła, bo miałam być bezpieczna. Na drugi dzień dostałam takiej gorączki, że wezwany lekarz załamał ręce i zapytał, czy za kimś nie tęsknię. Mama powiedziała, że wychowywała mnie babcia. Zadzwoniła do niej, a ona natychmiast wsiadła do tych bydlęcych wagonów, przejechała ponad sześćset kilometrów. Zmęczona po podróży, która trwała ponad trzy dni i trzy noce, usiadła przy moim łóżku i zapytała: „Zuckerschnauze, to się chyba tłumaczy «słodka buźko», co ty robisz za kłopot?”. Przysnęła przy moim łóżku, a ja już rano byłam w piaskownicy. Była po tamtej stronie.

Karin mówi, że babcia była domowym hersztem. Wszyscy przed nią drżeli, bo nie znosiła sprzeciwu. Za to wiedzieli, że zawsze mogą na nią liczyć. Była jak skała, której nic nie zniszczy. Uczyła je, że nie muszą się wstydzić swojego pochodzenia. Powtarzała, że nie one tę wojnę wywołały. Pracowitość, oszczędność i zaradność były im wpajane od najmłodszych lat. Na wielkie uczucia i gesty nie było czasu. Babcia uważała, że w życiu trzeba pracować i dbać o rodzinę. Nowej „ojczyzny” nigdy nie zaakceptowała, co dzień wypominała Tomaszowi, że skazał ich tu na więzienie bez perspektyw na lepsze życie. W jej duszy była głęboka rysa, tęskniła. Snuła marzenia o powrocie. Każdą nić przyszłości zaczepiała o znajome widoki w Tiergarten. Myślała o tych, których tam zostawiła.

Na wyjazd musiała poczekać aż dziesięć lat. Kiedy zmieniła się polityka władz, pozwalano wyjeżdżać w ramach planu łączenia rodzin. Arkadiusz Słabig, badacz historii, w książce „Aparat bezpieczeństwa wobec mniejszości narodowych na Pomorzu Zachodnim w latach 1945-1989” pisze: „Mocą uchwały Sekretariatu KC PZPR z 10 kwietnia 1957 roku zliberalizowano zasady polityki wyjazdowej, zezwalając na opuszczanie kraju przez całe rodziny. (…)

Liberalizację przepisów emigracyjnych, prócz samych zainteresowanych, skwapliwie wykorzystała rzesza osób pośredniczących w załatwianiu formalności. Wyjątkowa tolerancja pracowników PWRN w Szczecinie przyciągała osoby starające się o wyjazd z całego kraju (...) tzw. akcję łączenia rodzin na Pomorzu Zachodnim zamknął ostatni transport (16.02.1959 r.), którym wyjechały łącznie 42 osoby z ówczesnych województw koszalińskiego i szczecińskiego” (1).

Skradzione serce

24 czerwca 1958 roku Ilscy stali już spakowani z walizkami w progu polskiego domu, by wrócić do Berlina. Swoją ukochaną wnuczkę, dziewiętnastoletnią ciemnowłosą panienkę, zostawili samą. - Czy data ma jakieś znaczenie? - zastanawia się po latach Karin Paś. - Nie wiem, ale wyjechali dziesięć lat później, a ja zostałam tu sama jak palec - dodaje z nieskrywanym żalem.

Mieli wrócić wszyscy, ale Karin nosiła pod sercem pamiątkę z Polski. Etta, jej ciotka, sześć lat wcześniej urodziła piękną córeczkę, Ewę, tylko ojciec dziecka nie przyznał się do niego. Na badania genetyczne do Wrocławia wysłał swojego kolegę.

Wówczas świat dzielił się na swoich i obcych. Niemcy byli obcy. Jednak byli i tacy, dla których podział był inny: na dobrych i złych. Przyszły teść Karin spakował rzeczy swojego syna Witka do kartonu po margarynach, zaniósł na posterunek milicji, gdzie ten pracował, i wypalił przy wszystkich: - Dziewczynę zbałamuciłeś, miała wyjechać z rodziną do Niemiec. Nie chciałeś, a teraz jak jest w ciąży, to nie wiesz, czy się ożenić. Jak nie chcesz się żenić, to masz tu swoje rzeczy, a ja jutro jadę do sądu i zabieram ci nazwisko, nie będziesz się nazywał Paś tylko Lipski, tak jak matka - wspomina wzruszona Karin.

Syn wiedział, że z ojcem nie ma żartów, więc wsiadł na rower i pojechał się oświadczyć. Dziecko, które miało przyjść na świat, było częścią ich wspólnego planu, aby zostać razem. Witek Paś zakochał się w niemieckiej dziewczynie, niektórzy żartowali, że ma stałego ochroniarza. Ale babci Annie nawet przez myśl nie przeszło, że jej wnuczka wyjdzie za Polaka. Marzyła, że będzie to przyzwoity, pracowity Niemiec, najlepiej z Berlina. Każde spotkanie z Witkiem było planowane jak tajna operacja. Karin wychodziła po cichu z domu. Uczucie było silniejsze niż strach przed jej ostrym językiem. Chciała zostać dla niego. Została, chociaż on się wahał. - Czy pani wie, co znaczyło w tamtych czasach, że polski milicjant żeni się z Niemką? - pyta poruszona wspomnieniami. - No to ja pani powiem (śmiech): „Wroga sobie wziął pod dach, a porządek w kraju zaprowadza”. A potem, że „szpiega ma w domu”. No to bał się, ale miał silny charakter.

Różne drogi

Najpierw wzięli ślub cywilny, 5.04.1958 r. Urodził się Witek. Później przyszedł czas na kościelny. Zanim ksiądz ich pobłogosławił, Karin stoczyła ciężką walkę o życie. Po porodzie dostała wysokiej gorączki, majaczyła. Kobiety w jej rodzinie umierały przy połogu. Było bardzo niebezpiecznie. Babcia czekała ponad miesiąc, aż wyzdrowieje, spakowane skrzynie i torby odłożyła w kąt. Czekała na cud i udało się. Los sprawił, że mogła wrócić z córką Ettą, wnuczką Ewą i Tomaszem do Berlina. Klamra jej życia domknęła się jednak gdzie indziej, w Wilhelmshaven. Tam poznała swojego męża Tomasza. - Myśli pani, że to był przypadek, że właśnie tam? - pyta Karin i sama zastanawia się przez chwilę. - Chyba nie.

Etta wyszła za mąż za Niemca, tak jak marzyła babcia. On zaakceptował jej nieślubną córkę Ewę i był wspaniałym człowiekiem. - Ja miałam za męża polskiego milicjanta, a Etta niemieckiego policjanta - śmieje się szczerze Karin.

Zapomnieć o bólu

Karin została w ojczyźnie swojego dziadka Tomasza Ilskiego. Jej teściowa wolała dla syna polską żonę, ale teść pokochał ją bezwarunkowo. - Bywały ciężkie chwile. Wiele razy płakałam. Spotykaliśmy się w różne święta. Wokół rodzina męża, a ode mnie nie było nikogo. Dzieci trzymały mnie przy życiu. I z nich jestem najbardziej dumna.

Karin wspomina także innych niemieckich mieszkańców. Na przykład bezdomnego chłopca Gerarda Krebsa, który po wojnie mieszkał w piwnicach opuszczonych domów. Był sierotą. Zaadoptowała go polska rodzina. Pani Piątkowska przeszła piekło obozów koncentracyjnych. Karin pamięta, że miała zdeformowaną twarz i nie widziała na jedno oko. - Tyle wycierpiała od Niemców, a wzięła go do siebie. Liczy się człowiek: albo jest dobry, albo zły - mówi stanowczo. - On się później wykształcił, wyjechał gdzieś na Śląsk, ożenił się z Niemką i wyjechał do Bawarii. Ostatnią kartkę napisał do mnie w zeszłym roku. Był bardzo chory. Prawdopodobnie już nie żyje…

Kryptonim „Szpieg”

Ze swoją rodziną Karin Paś mogła kontaktować się jedynie przez listy. Kiedy w 1959 roku urodził się drugi syn - Janusz, zdarzył się cud. Etta dostała zezwolenie na przyjazd do Kalisza Pomorskiego, została matką chrzestną chłopca. - Długo się nie nacieszyła, nie zdążyła się nawet dobrze wyspać, a już wezwano ją na posterunek jako szpiega. Kto doniósł? Tego nie wiem.

Etta odpowiadała na pytania urzędnika SB ponad godzinę. Ciekawiło ich wszystko, ale najbardziej to, co robiła w 1948 roku w Berlinie w amerykańskiej ambasadzie. Ile zna języków obcych i dlaczego przyjechała do Polski. Wszystko później zostanie szczegółowo opisane w protokole. Zaproponują jej jeszcze współpracę, na którą się nie zgodzi. Trochę przerażona, trochę rozbawiona opowie o przebiegu rozmowy rodzinie. Prześladowcy nie od razu dali za wygraną. Referent SB w Drawsku w latach 1963-64 prowadził przeciw niej kolejną sprawę o kryptonimie „Urszula”. Z czasem w dokumentach Dep. II pojawi się o niej notatka: „Do wykorzystania operacyjnego nie nadaje się. Całość prowadzonych z nią rozmów - mimo składanych zapewnień o zachowaniu ich w tajemnicy - w najdrobniejszych szczegółach powtarzała” (2). Etta na długo zapamiętała nieprzyjemności związane z pobytem w Polsce. Rzadko miała na to czas.

Takie, z którymi musiała sobie radzić Karin, bo dla władzy ludowej stała się figurantką, podejrzaną o działalność wywiadowczą.

Temat tabu

Nie wie, co zawiera jedno z obszerniejszych sprawozdań wykonanych dla SB w Koszalinie. Nie wiedziała, że jej życie zostało opisane na stu sześćdziesięciu stronach teczki o kryptonimie „Kalber” (3). Nie wie też, co znaczy ta dziwna nazwa. W słowniku jest tylko: der Kalb - cielak. Sprawę o tym kryptonimie założono 2.05.1977 r. Powodem były częste telefony Karin do rodziny w Berlinie Zachodnim, które zdaniem SB podejrzanie zbiegały się z ćwiczeniami wojsk na poligonie drawskim. Kiwa głową z niedowierzaniem. - Jak to? - dziwi się. Milczymy. Dokumenty obiecała wnukowi - Andrzejowi, bo „ interesuje się historią”. Był taki moment, kiedy pomyślała: „Zamknę na zawsze drzwi do przeszłości, stanę po drugiej stronie i powiem do siebie - jesteś wolna”. Ale nie można oszukać pamięci. Może los każe jej teraz otworzyć tę księgę. Nie wie, martwi się, czy inni to zrozumieją. O dzieci martwi się najbardziej. Pyta, czy inni Niemcy z Kalisza Pomorskiego przeżywali to samo. Mimo że ponad dwadzieścia lat żyje w demokratycznym państwie, lęk przed oceną pozostał, tak jak nieufność. Kiedy pokazuję jej dokumenty, czyta tekst linijka po linijce, niektóre fragmenty budzą uśmiech: „Figurantka od kilku lat prowadzi w Kaliszu sklep z wyrobami elektronicznymi i meblowymi - jest równocześnie kierowniczką i ekspedientką. Sklep jest zlokalizowany przy głównej ulicy łączącej trasę Szczecin - Bydgoszcz. Z miejsca pracy posiada naturalne możliwości prowadzenia obserwacji, co dzieje się na zewnątrz. Po przeciwnej stronie usytuowany jest posterunek MO w Kaliszu. Przez miejscowość tą często przemieszczają się wojska i sprzęt w kierunku Centralnego Ośrodka Szkolenia Wojsk Lądowych w Drawsku Pomorskim”(4).

Ale są i takie, które wywołują ból: „Dokonać ustaleń dot. przebiegu nauki, napotkanych trudności w nauczaniu przez dzieci figurantki, mając na uwadze wytypowanie na jej drodze ewentualnego kandydata na t.w. z możliwością docierania do jej domu”(5).

Odkłada tekst. Nie chce go już czytać. Brygida, córka Karin, śmieje się z błędów: „Według nich jestem jedyną spadkobierczynią, pomylili daty”.

Każda wizyta krewnych z Niemiec była szczegółowo opisana przez współpracowników SB: t.w. „Irena”, t.w. „Krasicki”, t.w. „Brzoza”(6). Jest ich wielu, kim byli? Karin z jednej strony jest ciekawa, ale nie chce wiedzieć. Bo po co? Było, minęło. - Pani się dziwi, że nie chciałam z nikim rozmawiać? Wcale nie oczekuje ode mnie odpowiedzi. Spotykamy się od kilku lat, ale o tej historii rozmawiamy od paru dni. Ona wciąż patrzy na mnie tak, jakby się wahała. Moje uznanie przyjmuje spokojnie, z rezerwą. Nie widzi siebie w roli bohaterki.

Berlin 69

Matkę zobaczyła pierwszy raz w Berlinie Wschodnim po 21 latach. Pojechała pociągiem. Starała się o wyjazd wiele razy, ale zawsze była odmowa.

Tłumaczono jej, że mąż był milicjantem i obowiązuje dziesięcioletnia tajemnica. Nie rozumiała jaka, bo nie znała żadnej.

Spotkanie pamięta doskonale, były łzy. Dostała od matki pieniądze na futro z nutrii. Zamiast futra postawiła chlew na 30 świń. To bardziej się przydało. Miała piątkę dzieci, które trzeba było wykarmić i wychować. Zresztą rodzina zawsze jej pomagała, w czasach największego kryzysu dostawała od nich paczki i pieniądze. Niby to dużo, ale nie to samo co stała obecność. O śmierci babci nikt nie chciał jej powiedzieć. Wiedzieli, jak bardzo ją kochała. Umarła w 1964 roku. Później dziadek, mama i mąż.

Za to Etta, która ma dziewięćdziesiąt lat, dzwoni do niej z Berlina i wypytuje o wszystko. Nic dziwnego, w Kaliszu spędziła dziesięć lat.

Karin, nie Karina

Stoi na ganku swojego domu. Trwa to krótką chwilę, bo już wkłada buty, w których będzie chodziła po ogrodzie. Idzie nakarmić kury. Rodzina się złości, no bo ile można pracować. Brygida, jej córka, pokazuje mi zdjęcie w telefonie. - To piwniczka, niech pani tylko zobaczy - przysuwa telefon w moim kierunku. Widzę drewniane półki aż pod sufit wypełnione przetworami: ogórki, sałatki, kompoty, dżemy, soki, grzybki w occie - wszystko równiutko ustawione na białym papierze. Każdy słoik ma zrobioną przez nią etykietkę z datą powstania. - A to tylko jedna ściana - śmieje się córka.

Karin jest uparta, macha ręką, wie, że i tak wszyscy przyjdą do niej po jajka i przetwory. Ma bladą twarz poprzecinaną zmarszczkami, ale piękny uśmiech i ciepłe brązowe oczy. Czuje się Niemką i chociaż znajomi mówią do niej „Karina”, ona podkreśla, że niemiecka forma „Karin” brzmi ładniej.

Nawet w najtrudniejszych chwilach nie myślała, by wyrzec się swojego pochodzenia. Codziennie ogląda niemieckie filmy i programy. Dzieci: Andrzeja, Janusza, Witka, Tamarę i Brygidę, nie uczyła mówić po niemiecku, chociaż Etta miała do niej o to pretensje. Żyły w Polsce. Jedynie Andrzej dołączył do krewnych w Berlinie. A niedawno także Witek. Sami wybrali. Pozostali są tu i trzymają się razem. Tamara ma dom obok, u mamy jest codziennie. Brygida z nią zamieszkała, a Janusz przyjeżdża z Drawna, miejscowości położonej o 14 km od Kalisza Pomorskiego, kiedy tylko może. Jadą do niej wnuki i prawnuki. Teraz ona jest hersztem i trzyma wszystko w garści, tak jak kiedyś babcia Anna. Za to jej sny są o Kaliszu Pomorskim i o tym, co tu udało się razem stworzyć. Znajomi czasami zaczepiają Brygidę, która pracuje w kwiaciarni, i pytają żartobliwie: - Jak tam mama, tu czy w Niemczech?

- A skąd? Ciągle tu - śmieje się córka.

Bibliografia:

1 Słabig A., „Aparat bezpieczeństwa wobec mniejszości narodowych na Pomorzu Zachodnim w latach 1945-1989”, Szczecin 2008, s. 69.

2Akta IPN Szcz. 00124/270.

3 Akta IPN Szcz. 00124/270, s. 149.

4 Tamże, s. 153.

5 Tamże, s. 159.

6 Tamże, s. 152.

Aleksandra Radecka

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.