Ks. „Słoniu” - najlepszy kumpel. Pedofil [rozmowa]

Czytaj dalej
Fot. Paweł Relikowski
Roman Laudański

Ks. „Słoniu” - najlepszy kumpel. Pedofil [rozmowa]

Roman Laudański

Przez lata księdza pedofila biskupi przenosili z parafii na parafię i z diecezji do diecezji. A on molestował i gwałcił chłopców.

- Jak jest z Pani wiarą w Boga po sprawie księdza pedofila, który pracował także w Bydgoszczy?
- Ciągle wierzę. Ale sprawa księdza Pawła Kani [podajemy jego imię i nazwisko, gdyż został skazany prawomocnym wyrokiem - przyp. red.], który skrzywdził chłopaka, któremu pomagam, zakwestionowała moją wiarę w autorytet instytucji Kościoła i sens jej istnienia. Całkowicie.

- Jak to się stało, że zaczęła Pani pomagać chłopcu skrzywdzonemu przez księdza pedofila?
- Kompletny przypadek. Trafiło na mnie. W odpowiednim momencie i czasie nasze drogi się skrzyżowały. Dla Arka [imię zmienione] była to sytuacja absolutnie graniczna. Znałam go wcześniej jako kolegę moich dzieci, czasem bywał u mnie w domu. Zawsze okazywałam mu sympatię, zdarzało nam się prowadzić luźne rozmowy. Chyba wyczuwał, że go tak zwyczajnie lubię. Wtedy, to było niedługo po procesie, w którym zeznawał jako świadek oskarżenia, on rozpadł się emocjonalnie na moich oczach. Wszystko to go przerosło. Powiedział mi, że był molestowany przez księdza Pawła Kanię. Jeszcze bez szczegółów. Przypomniałam sobie tego księdza z kościoła i moją pierwszą reakcję na jego widok. To była msza dla dzieci, stał wśród nich, pamiętam, że powiedziałam wtedy do męża: To nie jest twarz uczciwego człowieka. Nie wiem, intuicja, przeczucie?

- Wróćmy do pierwszej rozmowy z Arkiem.
- Nie byłam przygotowana na spotkanie z taką tragedią. Z taką rozpaczą dziecka. Ale czy można być na coś takiego przygotowanym? Człowiek nie wie, jak się zachować, jak zareagować. Kompletnie! Gdyby na moim miejscu znalazł się ktoś mający doświadczenie w pracy ze skrzywdzonymi dziećmi, to może wiedziałby, co zrobić. Pocieszyć? Powiedzieć: wszystko będzie dobrze? Później, podczas spotkań z Arkiem, powtarzałam mu, że rozmawiając z nim, czuję się jak saper na po polu minowym. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, żeby go nie urazić. Nie wiedziałam, o co zapytać, żeby go nie zranić. Robiłam wszystko intuicyjnie. Oczywiście, mogłam go poklepać po ramieniu i powiedzieć: przykro mi, że to cię spotkało, ale musisz żyć dalej. Ale gdybym tak zrobiła, to nie mogłabym z tym żyć.

- On szukał pomocy?
- Nie. Nigdy i nigdzie.

- A radził sobie?
- Nie. Wydaje mi się, że on wtedy próbował żyć normalnie i udawać przed sobą, rodzicami, całym światem, że nic się nie stało, że wszystko w porządku. Uśmiechał się. To jest chłopak, który cieszy się powszechną sympatią. Jest bardzo dobrze wychowany, miły, uprzejmy i grzeczny.

- Jak ksiądz zdobył jego zaufanie?
- Z rozmów z Arkiem, a później z jego matką wynika, że ksiądz Kania od razu go sobie upatrzył. To był rok 2006, kiedy Kania - trudno mi mówić o nim jak o księdzu - pojawił się w Bydgoszczy. Arek był wtedy ministrantem, miał 10 lat. Kania otoczył się grupką chłopców, którzy byli przez niego traktowani w specjalny sposób.

- To znaczy?
- Byli zapraszani do niego na plebanię w parafii Opatrzności Bożej. Zabierał ich do kina, na basen, na wycieczki za miasto. Odwiedzał ich w domach, przynosił drobne prezenty, celebrował urodziny chłopców. Wypytywał o relacje z rodzicami, o pieniądze, nawet o wykształcenie rodziców, wszystko go interesowało. Za wszelką cenę próbował zaprzyjaźnić się z rodzicami chłopców. Poznanie rodziców i zdobywanie ich zaufania to był początek mechanizmu jego działania. Wkradał się w ich łaski, zapraszał mamy na ciasto po mszy, dzwonił, choćby zapytać, co słychać. Urabiał rodziców po to, żeby potem przysposobić sobie dzieci. Jeden z ojców powiedział mi niedawno: „Wie pani, ksiądz Kania tak robił, że to my kazaliśmy chłopcom do niego dzwonić! My im kazaliśmy!”. Pajęcza sieć. Wszystko w wiadomym celu.

- Jak zachowywał się wobec chłopców?
- Infantylnie. Z tego, co opowiadał mi Arek i inni chłopcy - bardzo infantylnie. Zachęcał, ażeby mówili mu „Słoniu”, opowiadał dowcipy o „trąbie”. Niektórym - tym wybranym, kazał mówić do siebie po imieniu. Ksiądz - „Słoniu”, najlepszy kumpel schodzący do poziomu kilkunastoletnich chłopców. A kiedy był w bydgoskiej parafii, miał 35 lat! Zachowywał się jak niedojrzały nastolatek. Ludzie to widzieli. Dorośli.

- Czy dlatego, że był księdzem, łatwiej zdobywał zaufanie dzieci?
- Oczywiście, że tak, myślę, że to miało decydujące znaczenie i w relacjach z chłopcami, i z ich rodzicami. Przecież w naszym katolickim społeczeństwie ksiądz to ktoś, kto ma ogromny autorytet. Niech pan sobie uświadomi, że jeszcze nasi rodzice, dziadkowie tych chłopców, byli uczeni, że księdza całuje się w rękę! Ksiądz to następca Chrystusa, tu, na ziemi, uczy, co jest dobre, a co złe, wysłuchuje w konfesjonale grzechów, udziela rozgrzeszenia. Jeśli dziecko krzywdzi ksiądz, wali się cały świat. Bo to tak, jakby Bóg nas krzywdził. Jak potem dalej żyć? Gdzie znaleźć ratunek, sens życia? Tak okrutnie skrzywdzone dzieci odchodzą z Kościoła, przestają wierzyć w Boga. Ich rodziny też. Tak stało się z Arkiem. I nikogo to nie obchodzi. Nikogo nie obchodzi, że zranieni ludzie przestali wierzyć, przestali być członkami wspólnoty Kościoła. A my wysyłamy misjonarzy, żeby ewangelizowali…

- Kiedy już ksiądz Paweł Kania zaprzyjaźniał się z rodzinami, co następowało później?
- Żaden z tych chłopców - oprócz Arka - do niczego się nie przyznał. Arek był jedyną osobą, która zdecydowała się zeznawać przeciwko Kani. W grudniu 2012 roku złapali Kanię na gorącym uczynku z nastolatkiem we wrocławskim hotelu. Rok później dochodzenie przeniosło się do Bydgoszczy. Chyba przyjechała tu pani prokurator, do tej sprawy zostali również oddelegowani policjanci. Szukali świadków. I ofiar. Podobno przesłuchali kilkanaście osób i żaden z chłopców, poza Arkiem, nie przyznał się, że był molestowany przez księdza. Arek opowiedział mi później, że chyba czekał, aż ktoś go o to wszystko zapyta. Czuł potrzebę wyrzucenia tego z siebie.

- Czy Pani zdaniem w Bydgoszczy byli molestowani także inni chłopcy?
- Przypuszczam, podejrzewam, że tak. Zapewne było ich co najmniej dwóch, jeśli nie więcej. Tylko że żaden nie zgodził się zeznawać.

- Trudno się dziwić.
- Coś takiego wymaga ogromnej odwagi. Przyznanie się, że ktoś robił im tak straszne rzeczy... To nie jest proste. Arek został świadkiem oskarżenia i miało to wpływ na to, co zaczęło się z nim dziać później. To była - i nadal jest - powracająca trauma. Ksiądz Kania molestował go, także gwałcił przez rok.

- Słucham?!
- Kania zabierał go na wycieczki, weekendowe, później dłuższe. Zawsze najpierw uzgadniał to z rodzicami. I to oni, niczego nieświadomi, namawiali Arka na te wyjazdy. Później Kania przestał się nim interesować, ponieważ miał kolejnych chłopców we Wrocławiu, Miliczu. Arek próbował zapomnieć o tym wszystkim. Próbował jakoś ułożyć sobie życie, wymazać z pamięci to, co zrobił mu ksiądz. Wspomnienia przywołał dopiero proces, wszystko wróciło wtedy z ogromnym natężeniem.

- Arek korzysta z pomocy psychologa. Czy zaproponowała to archidiecezja wrocławska lub diecezja bydgoska?
- A gdzież tam! Już po pierwszym spotkaniu z Arkiem wiedziałam, że trzeba mu pomóc, ale nie wiedziałam, w jaki sposób. Zaczęłam czytać na temat molestowania seksualnego dzieci. Przeczytałam chyba wszystko na temat pedofilii w Kościele. Na temat traumy, którą dzieciak przeżywa i co można z tym zrobić. Ale im więcej czytałam, tym bardziej byłam przerażona. Coś takiego nigdy nie mija bez echa. Zawsze zostają rany, tylko umiejętna, wieloletnia terapia sprawi, że ofiara pedofila nie będzie tej rany rozdrapywać. Ona dalej będzie, ale powstanie blizna, z którą można żyć, choć z tym jest różnie. Przede wszystkim zależało mi na tym, żeby Arek szybko otrzymał jakąkolwiek fachową pomoc. I nie bardzo wiedziałam, co i jak mam z tym zrobić.

- Dlaczego księża i biskupi z Wrocławia i Bydgoszczy nie wpadli na to, że skrzywdzonym przez księdza Kanię dzieciom trzeba pomóc?
- Myślę, że nikogo ich los nie obchodził. Los tego dzieciaka kompletnie nikogo nie obchodził! Kompletnie. Jeśli chodzi o sąd - Arek zrobił swoje - złożył obciążające księdza zeznanie. Wizyta we Wrocławiu była dla niego kolejną traumą, bo na sądowym korytarzu spotkał Kanię. Na widok człowieka, który tak potwornie go krzywdził, Arek znowu się rozsypał. Później, prawdopodobnie matka, poprosiła sąd, ażeby Arek mógł zeznawać bez obecności oskarżonego. Na szczęście sąd się do tego przychylił i Pawła Kani nie było na sali. Ale byli jego adwokaci, którzy postanowili zrobić z dzieciaka „wiatrak”, bo plątał się w zeznaniach. Biegli psychologowie stwierdzili jednak, że chłopak ma prawo zmieniać zeznania, dopowiadać różne rzeczy, bo on to wszystko sobie przypomina i będzie przypominał w kolejnych latach. A może i do końca życia.

- Wykorzystując prywatne kontakty, dotarła Pani do księdza, który zorganizował od archidiecezji wrocławskiej pieniądze na terapię Arka.
- Dzięki łańcuszkowi ludzi dobrej woli dostałam do niego numer telefonu. Zadzwoniłam, nie bardzo wiedząc, czego od niego chcę. Kompletnie nie wiedziałam, czego oczekuję od tego człowieka. Powiedziałam mu o problemie. Zapytałam, co ja mam z tym zrobić, z tą wiedzą, którą Arek mnie obdarzył. Ksiądz W. zareagował genialnie. Zawsze będę mu za to wdzięczna. Powiedział, że chłopcu potrzebna jest pilna pomoc psychologiczna. Zaoferował się, że on załatwi pieniądze i zrobił to.

- Ksiądz z zupełnie innej diecezji.
- Kompletnie nie miał nic wspólnego z tą sprawą, z Wrocławiem, Bydgoszczą i z Arkiem. Nie znam tego człowieka. Nigdy go nie widziałam, aczkolwiek kilka razy rozmawialiśmy przez telefon. Z kurią wrocławską uzgodnił, że to ona będzie finansowała terapię Arka.

- Łaski nie robią, przepraszam.
- Nie, nie robią. Niczego nie robią, choć powinni. Bo wie pan, w 2014 r. pojawiły się wytyczne episkopatu na temat ofiar molestowania w polskim Kościele. Jest w nich mowa nie tylko o otoczeniu ofiary „duszpasterską opieką”, ale i o specjalistycznej pomocy psychologicznej, która należy się ofiarom i ich bliskim. Czyli także rodzicom, rodzeństwu. Piękna teoria, prawda? Chociaż nie, przepraszam. Próba kontaktu ze strony diecezji wrocławskiej była.

Był taki moment, że Arek wypadł z orbity. Przestał się odzywać, nie przychodził na terapię. W tym czasie dostał list z kurii wrocławskiej. Chcieli się z nim spotkać. Tak oto wszedł na scenę adwokat [imię i nazwisko znane redakcji] występujący jako pełnomocnik kurii wrocławskiej. Wydzwaniał do Arka, a on nie odbierał wtedy żadnych telefonów. Dopiero parę miesięcy później zareagował. Adwokat zaproponował mu spotkanie. Arek poszedł, choć nie był wtedy w najlepszej formie. Wtedy podpisał pełnomocnictwo dla adwokata, żeby on reprezentował go w procesie cywilnym przeciwko księdzu Kani. Adwokat przyjechał bowiem do Bydgoszczy z dwoma propozycjami: kuria we Wrocławiu znalazła Arkowi sponsora, który ufundował dla niego stypendium w kwocie łącznej 40 tys. zł. Co miesiąc dostawałby 1,5 tys. zł. W zamian za to Arek miałby się zrzec wszelkich roszczeń finansowych wobec archidiecezji wrocławskiej i diecezji bydgoskiej. Ponadto pan adwokat namówił Arka, ażeby ten skarżył Kanię na sumę 250 tys. zł, choć przecież doskonale wiedział, że Kania siedzi w więzieniu i nie ma żadnego majątku! Jednocześnie adwokat powiedział Arkowi, żeby wybił sobie z głowy skarżenie kurii, bo żadna nie jest niczemu winna. Winny jest tylko ksiądz Kania. I wspomniał jeszcze, że pewnie znajdą się obok niego jacyś źli doradcy, którzy będą mu podpowiadać takie - oczywiście! - złe rozwiązania.

- Podziela Pani pogląd, że żadna kuria nie jest winna?
- Moim zdaniem, winne są obie. W sposób ewidentny, jednoznaczny i niepodlegający dyskusji. Ksiądz Paweł Kania nie przyjechał do Bydgoszczy jako turysta zafascynowany pięknem naszego miasta. Nie wynajął sobie pokoju na plebanii w parafii Opatrzności Bożej i nie znalazł pracy w bydgoskim gimnazjum jako nauczyciel religii. Został przeniesiony (inkardynowany - tak nazywa to Prawo Kanoniczne) z Wrocławia do Bydgoszczy, a na takie przeniesienie księdza z diecezji do diecezji muszą zgodzić się obaj biskupi. W tym przypadku arcybiskup Wrocławia i biskup Bydgoszczy. Czyli biskup Wrocławia musiał napisać do biskupa Bydgoszczy, dlaczego przysyła do niego księdza Kanię. Musiał również załączyć w tych dokumentach świadectwo moralności księdza! Inkardynacja trwa zwyczajowo 5 lat. A ksiądz Kania został odwołany z Bydgoszczy po trzech latach. Musiała być zatem jakaś przyczyna. I biskup bydgoski musiał podać powody, dlaczego przedwcześnie odsyła księdza Kanię do Wrocławia. Moim zdaniem, obaj biskupi wiedzieli, kim jest ksiądz Kania. Bo nie mogli tego nie wiedzieć. Ksiądz Kania w 2005 roku został we Wrocławiu złapany na gorącym uczynku, kiedy próbował zwabić kilkunastoletnich chłopców, oferując im po „stówie”. Wszczęto przeciwko niemu postępowanie karne. Natychmiast został wtedy urlopowany przez archidiecezję wrocławską. Ale już po roku przysłano go do Bydgoszczy. Więc jeśli młody, niespełna 40-letni ksiądz, zostaje wysłany na roczny urlop, a potem odnajduje się w nowej diecezji, to chyba oczywiste, że pojawia się pytanie, o co tu chodzi? Skąd ten urlop? Nowa diecezja? W Bydgoszczy jest seminarium duchowne, księży chyba nam nie brakuje? Wszystko dzieje się jak w filmie „Spotlight” - ksiądz pedofil zostaje urlopowany. I przeniesiony do innej diecezji. Może dalej polować na dzieci.

- W Bydgoszczy został opiekunem ministrantów i trafił do szkoły.
- Dzięki misji katechetycznej osobiście wydanej przez biskupa Jana Tyrawę. Na tej podstawie ksiądz Kania został zatrudniony w szkole na etacie. Nauczycielem został ksiądz oskarżany o molestowanie dzieci! Przecież to jest niezgodne z Kartą Nauczyciela, gdzie jest wyraźnie napisane, że stanowisko nauczyciela może zajmować osoba, która przestrzega podstawowych zasad moralnych! A wie pan, jest jeszcze coś - obaj księża, ksiądz Kania i biskup Tyrawa są związani z Wrocławiem, posługiwali nawet w tej samej parafii św. Ducha. Oczywiście mogli się minąć, bo pracowali tam w różnym czasie, w 2001-2002 roku. Biskup Tyrawa był tam proboszczem, i odszedł ze św. Ducha kilka miesięcy wcześniej, nim zjawił się tam Paweł Kania. Ale oni pracowali w tej samej parafii, musieli mieć wspólnych znajomych, jakieś wspomnienia, przecież to normalne, że ludzie ze sobą o takich sprawach rozmawiają! Biskup Tyrawa był mocno związany z Wrocławiem. Na jego ingres przyjechał do Bydgoszczy arcybiskup wrocławski Henryk Gulbinowicz, który w procesie w 2005 roku osobiście poręczył za księdza Kanię. O tym pisała wówczas prasa, internet. I ksiądz Paweł Kania był dla nich osobą anonimową?! A poza tym, proszę sobie sprawdzić, o ilu księżach pedofilach donosiły media w 2005 roku? O Pawle K. z wrocławskiej parafii św. Ducha! Gdyby takich przypadków było więcej, 20, 30 księży, rozumiem, mogło to umknąć. Ale wtedy był jeden. Czy zatem biskupi mogli nie wiedzieć, kim jest ten człowiek?

- To żaden dowód.
- Zgoda. Ale ja nie szukam dowodów. Staram się tylko zrozumieć, jak to się stało, że Arek został skrzywdzony. Wczoraj śledziłam Raport Rayana [to pięciotomowy wynik śledztwa w sprawie molestowania i gwałcenia dzieci przez księży w Irlandii - przyp. red.]. Ze szczegółami opisane są w nim wszystkie przestępstwa księży. Tam, w Irlandii, biskupi, którzy ukrywali księży pedofilów, sami zrezygnowali, przynajmniej wielu z nich. Tak samo było w Niemczech, w Belgii, w Stanach Zjednoczonych. Biskupi, którzy ukrywali księży pedofilów, odeszli albo zostali odwołani. W Polsce do tej pory nie było takiego przypadku. Być może, gdyby żył arcybiskup Wesołowski, to postępowanie przeciwko niemu mogłoby się tym skończyć. Ale skompromitowany arcybiskup Paetz w Poznaniu ma się świetnie. Nadal jest emerytowanym arcybiskupem. Wszyscy wiedzą, co robił klerykom, ale mieszka sobie w spokoju.

- Gdyby za sprawą arcybiskupa Wrocławia i biskupa Bydgoszczy ksiądz Kania nie trafił do Bydgoszczy, to Arek miałby takie problemy?
- Nie, oczywiście, że nie. To w tym upatruję winy obu diecezji, o której mówiłam wcześniej. Gdyby w 2005 roku biskupi odsunęli Kanię od pracy z dziećmi, ich losy nigdy by się nie splotły. W 2010 r. zapadł prawomocny wyrok w sprawie Kani, a on nadal mógł gwałcić dzieci. Jako ksiądz. Ale Kościół chroni sprawców, nie ofiary, a przynajmniej Kościół w Polsce. Przecież już w 2001 r. kardynał Joseph Ratzinger podpisał dokument nakazujący kościelnym hierarchom zawieszanie w obowiązkach księży podejrzanych o tzw. ciężkie przestępstwa, do których wtedy zaliczono pedofilię i posiadanie dziecięcej pornografii, jeśli oskarżenie jest „przynajmniej prawdopodobne”! Oskarżony o pedofilię przez władze państwowe ksiądz Kania natychmiast powinien zostać zawieszony, przynajmniej do czasu wyroku. Tak się nie stało. Ten dokument obligował polskich biskupów do natychmiastowego działania. Arcybiskupi i biskupi: Tyrawa, Gulbinowicz, Gołębiewski i Kupny to zignorowali.

- Nie żałuje Pani, że zajęła się pomocą dla Arka?
- Nigdy. Ja tylko… próbuję ocalić jedno życie.

*Imię zmienione. Rozmówczyni zastrzegła swoje dane.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gk24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.