Krzysztof „Grabaż” Grabowski: Piekło tworzymy sobie sami, tutaj na ziemi

Czytaj dalej
Fot. fot. Waldemar Wylegalski
Maciej Szymkowiak

Krzysztof „Grabaż” Grabowski: Piekło tworzymy sobie sami, tutaj na ziemi

Maciej Szymkowiak

„Nie mogę powiedzieć, że nie wierzę w Boga, ale nie do końca jestem w stanie przyjąć wszelkie dogmaty, w tym istnienie piekła. Dla mnie jest ono tutaj na Ziemi. To, co się dzieje na każdym poziomie życia ludzkiego, od wielkich mocarstw, poprzez rządy krajowe, na ruchach antyszczepionkowych kończąc. Te wszystkie relacje są dla mnie uosobieniem piekła, a nie to, co ma być po śmierci” – o nowej płycie w szczerym wywiadzie, opowiedział nam wokalista Strachów.

W latach 90. pracowałeś w „Głosie Wielkopolskim”. Jak wrażenia po powrocie do redakcji?
Z dawnego czasu nie pozostał kamień na kamieniu.

To za pracą dziennikarską nie tęsknisz?
Będąc szczerym to w „Głosie Wielkopolskim”, nie pracowałem, jako dziennikarz, a jako redaktor. Byłem dziennikarzem w Radiu S (obecnym Radiu Eska) i ówczesny redaktor naczelny dziennika, Marian Marek Przybylski stworzył miniredakcję młodzieżową, która tworzyła dodatek do „Głosu” o nazwie „Dziewczyna i Chłopak”. Miał wtedy syna w wieku, który się łapał na target młodzieżowy i myślę, że kierowany doświadczeniem z synem postanowił, żeby w gazecie było coś dla młodzieży. Ja wtedy odpowiadałem za działkę muzyczną. „Pode mną” pisał profesor Akademii Muzycznej w Poznaniu Marcin Murawski, znany altowiolinista, który też zagrał ze mną na próbie Pidżamy Porno, ale musiałem go wyrzucić, bo w przerwach grał AC/DC. (śmiech) Pod moimi skrzydłami zaczynał też Marcin Kostaszuk, wiceszef Wydziału Kultury w Urzędzie Miejskim. Długo tutaj nie posiedziałem, bo na koniec się pokłóciłem, ale to było dawno i nie pamiętam tego za bardzo. Staram się zawsze złe rzeczy wyrzucać z głowy. Przy czym zdolności redakcyjne przydają mi się do dzisiaj. Każda historia bez happy endu ma swoje pozytywne skutki w przyszłości.

W 2010 roku byłeś „Chory na wszystko”. Jak się sprawy mają w tym roku?
Popatrz na zadrapania, które mam na sobie. To nie wszystko, bo, żeby zobaczyć całość, musiałbym ściągnąć spodnie, a tego nie robię przed mężczyznami, którzy nie są lekarzami. (śmiech) Dalej jestem chory na wszystko, dosłownie i w przenośni. Artysta musi być chory, bo kiedy jest zdrowy, to przestaje być ciekawym artystą. Musi przyjąć na siebie część złych rzeczy, które się dzieją na świecie i to przetrawić. W związku z tym nigdy nie jest zdrowy.

Śpiewałeś też „piosenki o złej miłości i złym systemie”. To się chyba nie zmieniło, ponieważ na nowej płycie znowu są utwory o miłości i obecnej sytuacji w kraju?
Teraz skupiłem się bardziej na „złej miłości”, a o Polsce śpiewałem na ostatniej płycie Pidżamy. Tak się to tekstowo rozkłada, jak się ma dwa zespoły. Raz się pisze dla jednego, raz dla drugiego w zależności od tego, w którym miejscu zamachowym znajduje się koło historii. Jestem duo-tematyczny.

Długo dzielisz swój czas między dwie kapele, nie masz z tym kłopotu?
Nie mam najmniejszego problemu. Gramy praktycznie tym samym składem, różnicą jest osoba grająca w Strachach na klawiszach, czyli Łukasz Sokołowski, który w Pidżamie jest oświetleniowcem. W Pidżamie dochodzi też Piotrek Załęski, ongiś gitarzysta Hurtu. To jedyne różnice personalne.

W momencie pisania, wiesz, dla którego zespołu powstaje tekst?
Tak, można sobie po jakimś czasie zdać sprawę, gdzie bardziej pasuje dana kompozycja. Na płytę „Piekło” napisałem jedną długą piosenkę, którą musiałem usunąć, bo nie pasowała do mojej koncepcji tego materiału. Dlatego ta płyta jest taka krótka. (śmiech)

„Sprzedawca jutra” Pidżamy Porno ukazał się po 15 lat, najnowsza płyta pt. „Piekło” to powrót Strachów po 4 latach. Te przerwy są większe, aniżeli kiedyś. Masz mniej czasu na pisanie nowego materiału czy przyczyna leży gdzie indziej?
Wynika to przede wszystkim z wieku. Jak jesteś młodszy, to masz naturalnie więcej zapału do pracy i więcej energii. Jak popatrzysz na małego dzieciaka, to on cały czas biega i, przykładowo w restauracji, nie może usiedzieć na miejscu. Natomiast starsi po knajpach nie biegają, no, chyba że są naćpani. (śmiech) Tak samo jest z pisaniem piosenek. Na początku to się „działo samo”, a teraz jest wynikiem pracy, splotu wydarzeń, tego, że się usiadło i napisało materiał, a tych splotów jest mniej niż kiedyś. Tym bardziej że my jako zespół swoje liczby w dyskografii wyrobiliśmy. Dobijam do 20 płyt i mimo tego staram się utrzymywać cykl wydawniczy, co 3 lata. Znane zespoły nie nagrywają tak często materiału, a teraz żyjemy w takich czasach, że płyt jest mnóstwo. Każdego dnia wychodzi setka płyt na świecie i gdyby się wydawało materiał, co roku, to fani by za tym nie nadążyli. Większość znanych kapel wydaje płytę raz na 5-6 lat, ale wtedy wszystkie siły kieruje na promocję i marketing.

Przeczytaj także: Ogolone ciało, ekscentryczność, problem z alkoholem, protest songi, czyli rozmowa ze Swiernalisem

Więcej inspiracji czerpiesz z siebie, z serca czy tego, co widzisz za oknem w społeczeństwie?
To wszystko jest jedną wielką melasą. To, co się dzieje za oknem, to, co się dzieje w sercu, to co sobie wymyślisz, pewien fakt, który zaobserwowałeś. Kazik nazwał takie pisanie metodą „zlewu”: wrzucasz wszystko, a to się miesza i wychodzą z tego różne rzeczy. Wszystko może być inspiracją. Sidney Polak nagrał kiedyś piosenkę o butelkach, moim zdaniem jedną z najlepszych piosenek w polskiej muzyce. Zrobił to rewelacyjne. Każdy temat jest dobry. Ja napisałem kiedyś piosenkę na temat „Głosu Wielkopolskiego”. (śmiech)

1 października zagracie premierowy koncert najnowszego materiału w Poznaniu. Jak wydawaliście płytę Pidżamy to nie mogliście jej świętować na scenie w związku z obostrzeniami. Teraz pewnie będzie wam towarzyszyć koncertowa ekscytacja?
Dwa razy zdarzyło się, że zagraliśmy całą płytę na koncercie. Zarzuciliśmy ten pomysł. Na albumie są utwory, przy których nie poskaczesz, a na koncert przychodzą ludzie, żeby się bawić. Można zagrać „gwoździa”, czyli piosenkę do namysłu i refleksji, ale na koncercie muszą przeważać piosenki energiczne. Teraz ludziom jest bardzo potrzebna zabawa, bo czasy są covidowe i nie wiadomo, jak to dalej będzie. Mam nadzieję, że 1 października spotkamy się w Tamie bez strat własnych. Natomiast dużo ludzi jeszcze nie czuje się na tyle bezpiecznie, żeby iść na koncert. Jestem miło zaskoczony tym, co się działo w wakacje. Na nasz ostatni koncert w Pile przyszło 10 tysięcy ludzi i cały stadion był zapełniony, co było niesamowite. Jestem tym koncertem bardzo podbudowany. W Jarocinie też było pełne audytorium, zagraliśmy na Pol'and'Rocku, w skrócie – wróciliśmy do żywych. Przy czym kluby mają swoją specyfikę, dlatego nie wiadomo, jak to w ostateczności będzie. Koncerty klubowe mamy zaplanowane do końca tego roku.

Na nowym materiale wyczuwalne są wpływy elektro.
Zamysł był taki, żeby zrobić płytę, jak najprostszą, ale ta koncepcja zbankrutowała, bo powstał materiał, który nie satysfakcjonował ani mnie, ani wydawcy. Sławek Pietrzak, nasz wydawca, powiedział, że wyprodukuje nasze dwa, pierwsze single. Usłyszałem dźwięki, o które mi chodziło. Miałem koncepcję na podobnie brzmiącą płytę, jak pracowaliśmy nad, „Przechodniem o wschodzie”. Fakt, że pierwszy raz płytę produkował nam, ktoś zewnątrz, nie z zespołu, to pomogło temu materiałowi. Na próbach staramy się wypośrodkować między tym, co stworzyliśmy na początku, a tym co finalnie znalazło się na płycie. Myślę, że 5 kawałków z nowej płyty zagramy 1 października, w Poznaniu.

Wieloletni fani mogą być zaskoczeni…
Tak, ale wypuściliśmy dwa single, które moim zdaniem są mocnymi reprezentantami tego modelu tworzenia utworów, który jest na płycie. Strachy na Lachy to zawsze był zespół eklektyczny, nieprzyspawany do jednego stylu. Każda nasza płyta jest inna i takie założenie było, że zagramy tak, jak chcemy.

Skąd pomysł na tytuł płyty, czyli „Piekło”?
Nie jestem za bardzo ufający wierze katolickiej. Nie mogę powiedzieć, że nie wierzę w Boga, ale nie do końca jestem w stanie przyjąć wszelkie dogmaty, w tym istnienie piekła. Dla mnie jest ono tutaj na Ziemi. To, co się dzieje na każdym poziomie życia ludzkiego, od wielkich mocarstw, poprzez rządy krajowe, na ruchach antyszczepionkowych kończąc. Te wszystkie relacje są dla mnie uosobieniem piekła, a nie to, co ma być po śmierci. Jak pomyślimy o wojnach światowych o, chociażby tym, co się dzieje przy naszej granicy, że w majestacie prawa można pozwolić umrzeć ludziom, to dla mnie jest piekło.

Dla ciebie, jako artysty ruch antyszczepionkowy musi być zatrważający. W końcu muzycy chcą grać, nie martwiąc się o bezpieczeństwo swoje lub publiczności. Bez odporności zbiorowej to niemożliwe.
Pan Bóg stworzył człowieka i dał mu rozum. Każdy dorosły człowiek powinien decydować o sobie. Ja zadecydowałem, że się zaszczepię w pierwszym możliwym terminie, a ktoś inny zdecydował inaczej. To kwestia, którą powinno się rozstrzygać systemowo. Polacy są niezdolni, żeby stworzyć skuteczny system, który by temu zapobiegł, ale na całym świecie jest podobnie. Kiedyś, opowiadał mi tata, mieszkający wówczas we Wrocławiu, o epidemii ospy w mieście. Wtedy komuniści zamknęli miasto, w 2,5 miesiąca zaszczepili wszystkich i było po chorobie. Teraz żyjesz, na szczęście w demokracji, ale w takim świecie musisz ponosić konsekwencję tego, że każdy ma prawo myśleć inaczej. Obojętnie, jak oceniasz czyjąś decyzję, to musisz mu dać prawo, żeby wybrał tak, a nie inaczej. Zawsze się mówiło, że pycha kroczy przed upadkiem. W Polsce skutecznie przez lata robiono wszystko, żeby niszczyć autorytety, których jest coraz mniej. Ludzie bardziej skłonni są wierzyć plotkom niż rzetelnej wiedzy. Ja jestem za szkiełkiem i okiem, a nie opowieścią przy ognisku, które też są oczywiście ważne, ale kiedy jest sprawa życia i śmierci, to wolę zaufać faktom.

Zdaje się, że teraz każdy wie najlepiej.
Pierwszy festiwalowy koncert w tym roku zagraliśmy na imprezie pt. „Rock nad bagnem”. Żeby impreza się odbyła, wszyscy musieli zgodzić się na szereg utrudnień pandemicznych i podjęto decyzję, że impreza będzie tylko dla zaszczepionych. Dzięki temu ta impreza w ogóle się odbyła, ale ile krytycznych głosów otrzymali organizatorzy i występujące zespoły, to wiemy tylko my. Wiem kim są nasi pobratymcy i szybko zdałem sobie sprawę, wśród kogo się żyje. Na początku lat 90. w radiu zrobiliśmy siermiężny dowcip. Ogłosiliśmy koniec świata na antenie, a okazało się, że większość ludzi nam w to uwierzyła. Mówiliśmy, że leci kometa i zostały nam 3 godziny życia, tyle, ile trwa program, więc żeby się ludzie nie nudzili, niech dzwonią do nas. Zadzwonił mężczyzna, że będzie się z żoną kochał na pająka, więc cieszyliśmy się, że ktoś podłapał żart, ale kolejny telefon był z kardiologii i on miał zupełnie inaczej skierowane ostrze. Pół roku później, w pierwszą rocznicę istnienia radia, powtórzyliśmy dowcip z Maciejem Narożnym. Byliśmy przekonani, że powtórzony żart się nie uda. Trzeba wspomnieć, że tego dnia królowały na antenie wspominki, przypominaliśmy słuchaczom nasze gafy, wpadki, przejęzyczenia. Całość trwała dwie minuty i szybko zdementowaliśmy „kometę”. Efekt? Przez najbliższy miesiąc policja musiała ochraniać radio, bo ci, którzy uwierzyli, byli na nas wściekli. To mi uświadomiło, ile potrafi ważyć słowo wypowiedziane w radiu, ale też, zarazem, dało pojęcie o tym, wśród kogo się żyje. Oczywiście w piosence to niebezpieczeństwo nie obowiązuje, ale jeżeli jest się dziennikarzem i się bawi słowem publicznie, to trzeba uważać.

Przeczytaj także: Marilyn Mazur: Polska to muzyczny kraj z wieloma świetnymi, jazzowymi muzykami

Przecież artyści mają równie mocny wpływ.
Nie sądzę. Jakbyś zapytał antyszczepionkowców, kogo nienawidzą najbardziej, to zaraz po policji, byliby artyści. Kiedyś artyści byli przewodnikami, którzy swoimi piosenkami pozwalali zagłuszać żal, rozświetlić życie – jednym słowem byli ludziom potrzebni. A teraz, jak czasami czytam komentarze dotyczące artystów, to wnioski nie są ciekawe. Nie jesteśmy lubiani w społeczeństwie. Ostatnia akcja z p. Beatą Kozidrak, bożyszczem sceny, w mgnieniu oka z osoby uwielbianej stała się najbardziej znienawidzoną w polskim Internecie. Droga była bardzo krótka. Ja bym nie potrafił kogoś ubóstwiać, a po chwili nienawidzić.

To była znamienna cecha w Hollywood. Ludzie uwielbiali oglądać szybkie kariery i jeszcze szybsze upadki gwiazd.
Ale były gwiazdy, które tak szybko nie upadały lub ponownie się wznosiły na szczyt. Bo jeżeli ktoś zostaje gwiazdą, to ma cechy, które pozwalają mu nią zostać. Nikt przeciętny gwiazdą nie został. Musiał coś potrafić i robić to 100 razy lepiej niż inni. W Hollywood mieszkają ludzie, którzy całe życie marzą, żeby być znanym, ale na tzw. Olimp wstęp mają nieliczni. A ludzie odzwyczaili się od słuchania autorytetów i ich zrównali z samymi sobie. Jako kierowca Beata Kozidrak nie różni się niczym od setek innych kierowców, ale różni się tym, że jak wyjdzie na scenę, to „gasi pożar”, a w Polsce jest niewiele takich osób. To są niuanse, które ludziom bardzo trudno dostrzec.

Na single wybrałeś dwa utwory o melancholijnej miłości. Płytę też otwiera „Powiedziałem jej o Tobie”. Rozumiem, że sprawy około sercowe są nadal dla Ciebie bardzo ważne i ten akcent musiał wybrzmieć na najnowszym materiale?
Melancholia jest zawsze następstwem nieszczęścia. Jeżeli czegoś się żałuje, to znaczy, że się to bardzo ceniło. Skoro się za tym, tak bardzo tęskni, to znaczy, że musiało to być ważne. Strukturę piosenki wymyślono po to, żeby opisywać nieszczęśliwą lub szczęśliwą miłość, ale oczywiście więcej jest tych nieszczęśliwych. Każdy myśli, że ja to wszystko przeżywam. Pewnie piosenki są jakoś tam oparte na faktach, a niektóre to kwestia mojego talentu i wyobraźni.

W utworze „Łuski krokodyla” poruszyłeś również wątek ekologiczny. Wspominasz Jezioro Kownackie, które z powodu kopalni węgla brunatnego jest w stanie zaniku i Jezioro Rusałka z wątkiem macew, które przez niski poziom wody stały się widoczne.
Bo również można kochać swoją ziemię. Też być naocznym świadkiem, jak się to nieuchronnie traci. Im człowiek starszy, tym bardziej docenia naturę i jej piękno. Mnie ostatnio woda, od mórz po rzeki i jeziora, hipnotyzuje i uspokaja.

A teraz jest większy ruch proekologiczny? Czy twoim zdaniem nic nie zmierza ku poprawie?
Ludzie są pazerni i chciwi, i odganiają od siebie wszelkie złe myśli. Eksploatujemy ziemię rabunkowo. Umierają nieodwracalnie kolejne gatunki zwierząt. Za to odpowiadają przede wszystkim korporacje nieznające słowa „stop”. Dla nich liczy się zysk. Tak jak postępują korporacje, w mniejszej skali my sami to robimy. Myślimy że skoro zawsze była woda, to dlaczego nagle miałoby jej nie być. Tysiące naszych małych błędów doprowadza planetę do zagrożenia: zwierzęta, rośliny, lasy. Pan Bóg wszystko tak wymyślił, żeby to żyło ze sobą w symbiozie, dlatego, gdy jeden czynnik ulega zakłóceniu, to całość szwankuje. Jak się obetnie jedną nogę i drugą, to zaczyna się pełzanie i na takim etapie teraz jesteśmy. Syn bardzo często mi uzmysławia, jakie to dla niego ważne, żeby wrzucić cytrynę do kompostu, a opakowanie po papierosach do papieru.

Szansa w młodym pokoleniu?
Zdaję sobie sprawę, że to pokolenie młodsze jest dużo bardziej radykalne w dążeniu do ratowania świata, niż nasze, które wychowane w czasach komunistycznych nie interesowało się ekologią. Wyszliśmy na ulicę dopiero kiedy planowano wybudować elektrownię atomową. Myślę, że Polacy będą musieli przeżyć bardzo przyśpieszony kurs świadomości ekologicznej, bo w świadomości tkwi sukces. Rządy starają się tego nie dostrzegać i potem ludzie nie mają wzorców. Jeżeli rząd zatrudnia na stanowisku ministra osobę, która wycina masowo drzewa, to ten las nie urośnie. W Puszczy Białowieskiej było tak, że drzewa, które były chore upadały i na ich miejsca wyrastały nowe. Kolejna sprawa, której „bez wódki nie rozbierzesz”, czyli kwestia kopalni Turów. Zamkniesz tę kopalnię, to cały worek turoszowski pójdzie na zbieractwo i łowiectwo, o ile coś tam jeszcze żywego zostało.

Kopalnia węgla brunatnego wygląda jak całkowita zagłada Ziemi. Nie trzeba jechać na Księżyc. Monstrualne koparki, które dewastują naturę. A przecież możesz się wybrać na spływ kajakiem po rzece i doceniać piękno przyrody. W moim wieku ludzie, gdy już mają wszystko z przyziemnych rzeczy potrzebnych człowiekowi, to zaczynają się rozglądać za czymś bardziej istotnym niż pogoń za pieniądzem. Dostrzegają, że radość przynosi liść na drzewie, bo jest jeden, jedyny i niepowtarzalny.

W „Stroicielu wiolonczel” krytykujesz nie tylko rządzących, ale też policję. Jeśli słucha cię, jakiś fan-policjant to może poczuć się urażony.
Myślę, że bardzo wiele osób w Polsce może się poczuć urażonymi działaniami policji. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić demonstracji, w której policjanci biją kobiety. Jak nisko można upaść, żeby na kobiety wysyłać policję uzbrojoną w gaz, pałki bojowe? Dla mnie to niewyobrażalne. Pytano mnie kiedyś, co zrobić, żeby zmienić władzę i mówiłem: „wyślijcie na ulicę kobiety, wyjdzie ich 500 tys., to oni nic nie zrobią, bo jaki mężczyzna uderzy pałką kobietę?” Nie mieści mi się to w głowie, bo tak byłem wychowany, że kobiet się nie bije. A oglądałem, jak wychodzi w tłum sadysta z pałą przeznaczoną do ekstremalnych sytuacji i wali nią na oślep. To jak my jako obywatele mamy się czuć bezpiecznie?

Ostatnio skuteczność policji odczułem też na sobie. Jechałem na festiwal Pol'and'Rock, mam godzinę do grania, przejeżdżam przez bramę festiwalu, pokazuję akredytację, a nagle obok, na wąskiej drodze przy punkcie kontrolnym, próbuje staranować mnie radiowóz. Zwróciłem im uwagę, że byłem pierwszym w kolejce i że jadąc na koncert, na którym mam być gwiazdą to ja mam pierwszeństwo a nie oni. Policjanci byli z Katowic, był ich cały radiowóz więc za chwilę nas zatrzymali i zrobili "popisówkę". Wzięli nas na bok, zabrali dokumenty do kontroli i za spowodowanie innego niż kolizja zagrożenia w ruchu drogowym dali nam 6 punktów karnych i karę pieniężną. Jeżdżenie autem to moja praca, dlatego każda taka kara jest dla mnie dotkliwa. Musiałem mandat przyjąć, bo gdybym tego nie zrobił, to bym nie zagrał koncertu. Już sprowadzali psa ze Szczecina, żeby obwąchał auto, potem wzięli by mnie na badanie krwi, I pobawili się w konwejer. Podpisałem mu mandat, żeby jak najszybciej mnie puścił, bo czekali na nas fani. Odwołałem się do sądu, a w sądzie powiedzieli, że skoro mandat przyjąłem – to mam spadać… i tak się kółko zamyka. Ja traktuję policjanta jak równego sobie, Kiedy postępuje niezgodnie z prawem, zwracam mu uwagę…

Ten utwór to dla mnie pewnego rodzaju kontynuacja „Tu trzeba krzyczeć” z ostatniej płyty Pidżamy Porno.
Można tak powiedzieć, chociaż jest bardziej humorystyczny. Napisany krótko przed świętami, bo przed świętami się protesty skończyły. Wigilijna opowieść. (śmiech) Policja jest od tego jest, żeby zapewniać bezpieczeństwo, ale tam, gdzie często jest ono zagrożone, tam ich nie ma, za to gdzie mogą wykazać swoją siłę nad słabszymi, to robią to bezwzględnie.

Jak sądzisz, punk rock umiera, umarł czy nigdy nie umrze w Polsce. Mam wrażenie, że teraz więcej popu niż rocku w muzyce, a młodzi buntują się przy rapie.
Przyznam, że w ogóle mnie to nie interesuje. Jestem lata świetlne od punk rocka. Teraz rap zastąpił punk rock. Wszystko się zmienia w życiu. Kierunki muzyczne i w sztuce mają swoją żywotność. Ci, którzy chcą słuchać punk rocka, zawsze go znajdą, bo to jest rock'n'roll, a on jest zawsze. Był, jest i będzie, ale ja jestem, gdzieś indziej. Jak wydaję płytę Pidżamy to staram się sobie go przypomnieć. Nie mamy problemu, żeby grać punk rockowe kawałki, ale nie jest to „tu i teraz”.

Jak się czujesz w Poznaniu? Swego czasu krytykowałeś pracę Ryszarda Grobelnego. A pamiętasz czas, kiedy w tym mieście nie było prac drogowych?
Miasto jest żywym organizmem. Pamiętam, że 6 lat remontowano Kaponierę. Okupacja Poznania tyle trwała. Jeżeli ktoś żyje w dużym mieście, musi się liczyć z tym, że jest ono w ciągłych naprawach. Mogę podać przykład Wrocławia, tamtejsze ulice to koszmar dla samochodu. Drogi są w ogóle nieremontowane, tak samo w Łodzi. Z dwojga złego wolę mieć remont i później w miarę sensowne rozwiązanie przez kilka następnych lat, niż nie robienie nic, gdzie ulica jest przejezdna, ale dziury są takie, że możesz się w nich utopić. Mieszkam na Winogradach, więc teraz jest komplikacja z tramwajem na Naramowice. Rok temu nie byłem w stanie normalnie z miasta wyjechać, bo każdy wylot z centrum miasta był zakorkowany przez remonty, ale pamiętam, że kiedyś były one jeszcze większe. Żeby przejechać z Winograd na Stare Żegrze potrzebowałem godziny z ogonkiem, a teraz w pół godziny się mieszczę. Jak każdego kierowcę, który porusza się ulicami, mnie to wkurza, ale przy każdym remoncie jest światełko w tunelu, że będzie lepiej.

To może przerzucimy się na rowery?
Był czas, że do „Głosu Wielkopolskiego” przyjeżdżałem rowerem, mimo że miałem trzy samochody, ale żaden nie był zdolny do ruchu drogowego. (śmiech) Jeden stał w komisie, drugi był u blacharza, a trzeci nie miał papierów. Wtedy byłem młodszy, teraz już nie mam zdrowia i kondycji, żeby przerzucić się definitywnie na rower. Zresztą dowody tego są w postaci moich otarć i sińców z teledysku, który kręciliśmy. Wyglądam, jakbym miał 17 lat i wrócił z treningu piłkarskiego.

Jak wyglądała realizacja tego teledysku?
Jeździliśmy od godziny 7 rano po Krakowskim Przedmieściu. Przejeżdżaliśmy obok pałacu prezydenckiego i między policjantami, ale byli wyjątkowo niereagujący. (śmiech) Później przenieśliśmy się za Wilanów. Reżyser chyba wybrał najzimniejszy dzień w ostatnim półroczu. Wszyscy tam marzli, a wiadomo, jak na rowerze ręce grabieją. Zachowując resztki instynktu samozachowawczego, kupiłem dzień wcześniej rękawiczki, bo bym nie wytrzymał. Na początku śpiewałem, a potem zdałem sobie sprawę, że nie mogę oddechu złapać. (śmiech) Nie wiem, co z tego wyjdzie. Sławek Pietrzak, który jest również reżyserem, wyznacza mi ekstremalne wyzwania, kończące się na moich zakwasach i siniakach. Kręciliśmy na Teneryfie „Obłąkany obłok” i musiałem fikać kozły na lawie wulkanicznej. Przydała się wtedy wiedza ze starych zajęć z judo, bo umiem tak padać, żeby się nie połamać, ale dubli było, co niemiara. Teledyski u nas wiążą się z fizycznymi przeżyciami, może dlatego nie lubię kręcić klipów.

W momencie, jak Warta Poznań wróciła do Ekstraklasy, to w derbach Poznania, komu kibicujesz?
Nie mam żadnych dylematów. Zawsze kibicuję Kolejorzowi. A Warcie, ile mogę, to sprzyjam. Tym bardziej, że ostatni sezon ligowy to Warta była drużyną, której chciało się kibicować, bo było widać, że tam dzieje się coś niesamowitego. Lech zawodził na całej linii, a Warta czyniła rzeczy niewyobrażalne. Tym sposobem zyskała mnóstwo sympatyków. Jesteśmy miastem, gdzie nie ma animozji między drużynami na tym samym szczeblu rozrywkowym i niech tak zostanie. Kibicuję Warcie i Lechowi, ale w derbach Kolejorzowi. Oby mogli grać ze sobą jak najdłużej, bo to miłe, gdy masz dwie różne drużyny, o różnych filozofiach sportowych. Filozofia Warty jest bliższa mojemu sercu, ale miłość do Kolejorza jest taka, jak do matki – bezwarunkowa.

Rozumiem, że na zakończenie rozmowy można tobie życzyć tego wszystkiego, co wymieniłeś w utworze „Chciałbym, żeby”?
To raczej nie lista moich życzeń. Jak pisałem tę piosenkę, to w tle głowy dzwonił mi „Korowód” Marka Grechuty. Jeden z najlepszych tekstów polskiej piosenki. Zawsze chciałem stworzyć coś po swojemu, ale w ten deseń. Z tej strony bym patrzył na ten utwór. Tak samo, jak w „Niebotycznym niebowstąpieniu”. Pierwsza linijka napisanego tekstu ustawiła sterowniki na „Obcego Astronoma” Grzegorza Ciechowskiego i nawiązując do tego klimatu, napisałem całość.

To będę życzył udanego koncertu 1 października.

O! I nieudanego lockdownu!

Maciej Szymkowiak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gk24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.