Humor w PRL-u. Jak nas śmieszyły czasy słusznie minione, czyli humor czasów cenzury

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Monika Kaczyńska

Humor w PRL-u. Jak nas śmieszyły czasy słusznie minione, czyli humor czasów cenzury

Monika Kaczyńska

Od powstania PRL-u do jego końca Polska się śmiała. Kwitły kabarety, wychodziły pisma satyryczne, a opowiadane kawały zasłużyły na niejedną antologię. Były wentylem bezpieczeństwa, pozwalającym rozładować napięcia społeczne, były komentarzem rzeczywistości. Dziś, dla tych, którzy jej nie pamiętają, mogą być kluczem otwierającym drzwi żywej historii.

Dla osoby żyjącej w dzisiejszej rzeczywistości czasy PRL-u są trudne do wyobrażenia. Organizująca codzienne życie, przesiąknięta ideologią gospodarka planowa i jej kompletna niewydolność sprawiała, że zwyczajne czynności, jak zakupy, czy przygotowywanie posiłków wymagały albo ponadprzeciętnej zaradności, czasem graniczącej z cwaniactwem, albo umiłowania ascezy. To w oczywisty sposób wywoływało napięcia. Cenzura prewencyjna, przez którą przechodziło wszystko, co ukazywało się w oficjalnym obiegu - od gazet i czasopism począwszy, na tekstach kabaretowych i piosenkach skończywszy, sprawiła, że Polacy stali się mistrzami porozumienia między wierszami. Jedyną sferą wolności (choć nie od razu i także z pewnymi ograniczeniami) pozostawały prywatne kontakty. To tutaj rozkwitł jeden z najpiękniejszych kwiatów PRL-u - kawał polityczny.

W oparach polityki

- Opowiadano wtedy wyłącznie „kawały”, a nie żadne dowcipy

- twierdzi prof. Piotr Michałowski, literaturoznawca. - Nie można utożsamiać „kawału” ani z „dowcipem”, który cechuje również inne formy wypowiedzi, ani z „anegdotą” która zakłada prawdziwość opowiadanego zdarzenia, ani też wiązać go z tradycją fraszki, gdyż ta mieści się w literaturze pisanej, a nie ustnej - podkreśla.

Kawały zaś funkcjonowały wyłącznie w formie powtarzanej z ust do ust. Tylko nieliczni badacze próbowali je zapisywać. To jednak często, jak w przypadku pioniera badań nad humorem PRL-u Zbigniewa Raszewskiego, kończyło się tym, że prace pozostawały przez dziesięciolecia niepublikowane w szufladach.

Także w drugim obiegu mówiony humor nie został utrwalony na papierze. Powody były zasadnicze. Pracochłonne techniki druku i powielania, a także ryzyko związane z tego typu działalnością sprawiały, że skórka nie była warta wyprawki. Sprawa była poważna. Kodeks karny z 1969 roku (uchylony w całości dopiero 1998 roku) przewidywał, że za „lżenie, wyszydzanie, poniżanie” PRL lub jej naczelnych organów można było trafić do więzienia na okres od 6 miesięcy do 8 lat. Za „lżenie, poniżanie, wyszydzanie” w druku można było pójść siedzieć nawet na dekadę. Samo przygotowywanie czy posiadanie takich materiałów groziło nawet pięcioletnią odsiadką. Polityczne kawały były więc sprawą zdecydowanie zbyt mało znaczącą, by dla ich uwiecznienia ryzykować wolność.

Oddzielną kwestią jest to, że w czasach PRL „kawał polityczny” znaczył coś zupełnie innego niż dziś.

- Pojęcie to obejmuje przecież nie tylko dowcipy o politykach i polityce, ale o wiele szerszy zakres tematyczny, ogarniając niemal wszystkie sfery życia, które w jakimś stopniu były uwikłane w sytuację polityczną PRL-u lub wprost wynikały z decyzji monopolistycznej władzy - podkreśla prof. Michałowski.

Nie znaczy to, że postaci ze świecznika ówczesne sceny politycznej nie trafiły do annałów ówczesnego humoru, choć z pewnością nie był to główny nurt humorystycznego folkloru. Można zaryzykować stwierdzenie, że liczba pojawiających się dowcipów na dany temat odzwierciedlenie najbardziej dolegliwej w danym momencie kwestii.

- To właśnie kawał w jakimś stopniu kształtował - a przynajmniej wyznaczał jej zakres - jakąś, może największą w całym obozie socjalistycznym, opozycyjną wspólnotę komunikacyjną, swoistą „wspólnotę śmiechu”, na pewno znacznie liczniejszą od grona czytelników nielegalnie kolportowanej „bibuły”

- twierdzi Piotr Michałowski. I trudno się z nim nie zgodzić.

Sierota po Stalinie

Polska zdominowana przez Związek Radziecki nie była tym, o czym wielu Polaków marzyło przez pięć lat niemieckiej okupacji. Nic dziwnego zatem, że w pierwszych latach po wyzwoleniu weszło do użycia szczególne przekleństwo, oddające wielce ambiwalentne nastroje.


Oby cię Niemcy okupowali, a Rosjanie wyzwolili

- życzył w lumpenproletariackiej poetyce niejeden bliźniemu, który nastąpił mu na odcisk.

Zarówno ofensywę propagandową, jak i stosunek społeczeństwa do niej oddaje kolejny dowcip, opisujący rozmowę radzieckiego oficera z polskim rekrutem.

- Kto jest wszym ojcem - pyta rekruta radziecki oficer.
- Towarzysz Stalin - odpowiada rekrut.
- Jak to? - oficer nie kryje zdziwienia.
- Przecież towarzysz Stalin jest ojcem nas wszystkich - rekrut na to.
Oficerowi trudno zaprzeczyć, więc pyta dalej. - A któż jest waszą matką młody człowieku?
- Moją matką jest Związek Radziecki - odpowiada przyszły żołnierz.
Oficer coraz bardziej zdziwiony prosi o wyjaśnienia, chłopak odpowiada, że skoro Związek Radziecki jest matką wszystkich, to i jego. I na to trudno coś odpowiedzieć, więc oficer pyta: - A kim byście chcieli zostać?
- Sierotą - brzmi odpowiedź rekruta.

Wyrazem uczuć, które żywili Polacy do oficjalnie bratniej armii była odpowiedź na pytanie:

- Kogo byśmy bili najpierw, gdyby podobnie jak w 1939 do Polski weszli Niemcy i Ruscy?
- Niemców.
Dlaczego?
- Bo najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Niestety, w pierwszych latach po II wojnie światowej władza nie miała za grosz poczucia humoru. Za opowiadanie tego typu dowcipów nie jeden trafił do więzienia. Ale i to znalazło odzwierciedlenie w dowcipie.

- Za co siedzisz? - pyta jeden więzień aresztu Urzędu Bezpieczeństwa drugiego.
- Za opieszałość - odpowiada pierwszy nieszczęśnik. - A było tak: przyszedł do mnie Kowalski i zaczął mi opowiadać polityczne dowcipy.
- I co? I pewnie dorzuciłeś coś od siebie? - dopytuje kolega z celi.
- A skądże. Milczałem jak grób. Nie powiedziałem ani słóweczka. Jak Kowalski wyszedł zacząłem się zastanawiać - prowokacja czy nie? Donieść do UB czy nie donosić.
- I co, i co? - dopytuje współwięzień.
- Jak już się zdecydowałem, to Kowalski właśnie stamtąd wychodził.

Nie na darmo siedziba UB uchodziła za najwyższy obiekt mieście. Dlaczego, skoro budynek przy ul. Kochanowskiego w Poznaniu liczy tylko cztery piętra? Bo było widać stamtąd Syberię.

O czym marzy świnia

W PRL-owskiej codzienności przez lata dominujące były kłopoty z zaopatrzeniem. Zaś najbardziej strategicznym towarem, którego brak był jednym z zapalników Sierpnia 80, było mięso.

Jak poważna to była kwestia, dowodzi najlepiej słynna afera mięsna, która wybuchła w latach 60. Handel tym towarem badała specjalna komisja Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - przewodniej siły narodu. Faktycznie doszukano się szeregu przestępstw i pomniejszych nieprawidłowości. Dochodziło do kradzieży mięsa, zamian lepszego towaru na gorszy, fałszowania faktur, dawania łapówek w zamian za większe dostawy. Aresztowano około 400 osób. Na ławie oskarżonych zasiadł dyrektor Miejskiego Handlu Mięsem Warszawa Praga Stanisław Wawrzecki, czterej dyrektorzy uspołecznionego handlu mięsem, właściciel prywatnej masarni i czterej kierownicy sklepów. Wawrzeckiego skazano na śmierć i wyrok wykonano. Pozostałym dyrektorom zasądzono dożywocie, a inni oskarżeni zostali skazani na kary od 9 do 12 lat pozbawienia wolności.

Proces ten, jak i drakońskie wyroki, miały uspokoić opinię publiczną, nie pierwszy już raz wzburzoną trudnościami w kupieniu mięsa i wędlin.

Dlaczego mięsa brakowało? Polacy byli przekonani, że polskie mięso trafia masowo za wschodnią granicę, stąd, zdaniem rodaków polska świnia marzyła przed śmiercią o tym, żeby choć jej serce zostało w kraju. Ale zdaniem innych jego istnienie bywało wątpliwe. Zgodnie z innym powtarzanym z ust do ust kawałem: Polska świnia składała się wyłącznie z łba, racic i ogona. Faktycznie były to części jej organizmu najczęściej widywane w sklepach.

Niekiedy mięsny humor bywał całkiem abstrakcyjny.

- Jaki jest związek między hodowlą świń a brakiem mięsa w sklepach? - pytano.
- Radziecki - brzmiała prawidłowa odpowiedź.

Kwestii mięsnej nie rozwiązała nawet realizacja jednego z postulatów sierpniowych strajków - wprowadzenie kartek na mięso. Mimo że w pewnym momencie doszło do tego, że trzeba było zarejestrować kartki w konkretnym sklepie (co zdawałoby się pozwalało precyzyjnie obliczyć ilość potrzebnego mięsa i wędlin), a dostawy sprzedawano na dwie raty: przed południem i po południu, w sklepach, z kilkugodzinnym wyprzedzeniem ustawiały się gigantyczne kolejki. I powtarzano dowcip:

- Zaraz wrócę, tylko pójdę do KC nakopać Kani (I sekretarz KC PZPR, który we wrześniu 1980 roku zastąpił na tym stanowisku Gierka) - mówi stojący w kolejce po mięso do osoby, która stoi za nim.
Na to inni stojący - Daj pan spokój! Tam kolejka jest trzy razy dłuższa.

Miotła historii

Ale działaczom partyjnym dostawało się także za całokształt. Dobry był wygląd. Jeszcze lepszy brak wykształcenia czy obycia. Cóż, wszak „nie matura lecz chęć szczera” wynosiła wielu na szczyty władzy.

- Dlaczego przewodniczącym Rady Państwa jest Zawadzki - pytali na początku lat 50. Polacy.
- Bo w myśl Konstytucji PRL przewodniczącym Rady Państwa może być każdy.

Zawadzki był górnikiem, przedwojennym komunistą, walczył w I i II wojnie światowej, ale całe jego formalne wykształcenie stanowiła nieukończona szkoła powszechna.

Łysy jak kolano Józef Cyrankiewicz bywał, jak zresztą większość partyjnych dygnitarzy, częstym gościem w Moskwie.

- Dlaczego nie boi się tam jeździć ? - pytano.
- Bo wie, że mu włos z głowy nie spadnie - odpowiadali złośliwi.

Po Poznańskim Czerwcu 1956 i słynnym przemówieniu, w którym groził odrąbywaniem ręki podniesionej na władzę ludową, w charakterze kawału opowiadano, jakoby w planach miał zmianę nazwiska na Tyrankiewicz.

Murarz Albin Siwak, członek Biura Politycznego KC PZPR w latach 1981 -1986 z rzucającego się w oczy braku obycia był przez lata ulubionym bohaterem quasi anegdotycznych opowiastek.

- Wiecie, że Siwak siedzi w areszcie - zaczynał opowieść kawalarz, który chciał zabawić towarzystwo w czasie stanu wojennego. Na pierwszy objaw zainteresowania wyjaśniał: gdy kupował w kiosku carmeny, sprzedawca powiedział mu, że "c" czyta się jak "k", więc jak zobaczył CPN postanowił się z tym KPN-em wreszcie rozprawić.

Z Konfederacją Polski Niepodległej skuteczniej od Albina Siwaka rozprawiła się historia. Choć w czasie wyborów w 1989 roku była trzecią siłą opozycyjną w Polsce, a liczbę jej członków Służba Bezpieczeństwa szacowała na 6-8 tysięcy po 1989 roku kilkakrotnie się dzieliła. Wykreślona w 2003 roku przez sąd z rejestru partii politycznych i zarejestrowana ponownie, dziś pozostaje na marginesie sceny politycznej.

Wróżbą nie okazał się jeden z ostatnich politycznych kawałów PRL-u, który zaczął krążyć po kontraktowych wyborach w czerwcu 1989 roku.

- Co teraz będzie - miał pytać generał Jaruzelski swego portretu po zwycięstwie „Solidarności”.
- Nic - odpowiadał w dowcipie portret - Mnie zdejmą, a ciebie powieszą.

Monika Kaczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gk24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.