Halina Mlynkova: Na miłość i szczęście nigdy nie jest za późno

Czytaj dalej
Fot. Dorota Porębska
Paweł Gzyl

Halina Mlynkova: Na miłość i szczęście nigdy nie jest za późno

Paweł Gzyl

Nowa płyta Haliny Mlynkovej nosi tytuł „Film(l)ove” i zawiera jej autorskie interpretacje filmowych szlagierów. Z tej okazji rozmawiamy z piosenkarką o tym, jak to jest zakochać się i zostać mamą w dojrzałym wieku.

- Lubi pani chodzić do kina?
- Uwielbiam. Kino to magia. To chwila odseparowania się od rzeczywistości i zamknięcia się sam na sam z ciekawą historią, muzyką i aktorami. Oczywiście raz im się wierzy, a kiedy indziej – nie. Raz porywa nas jakaś muzyka, a kiedy indziej irytuje. Ale zawsze są to ogromne emocje – i to jest fantastyczne. Ale jeśli kino, to tylko bez popcornu. (śmiech)

- Za czasów mojej młodości mówiło się, że idzie się „do kina” albo „na film”. Pani też randkowała w kinie?
- (śmiech) Nigdy. Ja zawsze chodziłam na film.

- To jakie filmy pani najbardziej lubi?
- Może łatwiej mi będzie powiedzieć jakich nie lubię. Zdecydowanie nie przepadam za tymi wszystkimi strzelaninami. Podczas takich filmów zazwyczaj... przysypiam. A musiałam chodzić na nie, ponieważ w pewnym wieku towarzyszyłam swemu synowi. To był dla mnie czas na oddech i drzemkę. Kiedy Piotrek komentował kolejne sceny, to ja zazwyczaj tylko mruczałam „aha”. Potem się śmiał ze mnie: „I tak wiem, że spałaś”. (śmiech)

- A kiedy sama idzie pani do kina?
- Bardzo lubię psychologiczne filmy i oparte na faktach. Kocham kino, które zdobywa Oscary. Lubię konfrontować takie wyróżnienia z tym, co mnie się podoba. Zresztą te trudniejsze filmy nie są wyświetlane w multipleksach, tylko w małych kinach. Tam jest zupełnie inny widz i nie ma popcornu. (śmiech)

- Zwraca pani uwagę na muzykę w kinie?
- Oczywiście. Muzyka to podstawa filmu. Gdyby ją wyłączyć i zostawić sam obraz, na pewno byśmy nie przeżyli projekcji tak, jak z oprawą dźwiękową. Dobra muzyka w filmie robi całą robotę – i wiedzą o tym twórcy. Nic więc dziwnego, że wśród oscarowych kategorii, muzyka jest jedną z najważniejszych. Dlatego też lubię bajki Disneya. Większość z nich to właściwie musicale – tylko rysunkowe. Kiedy chodziłam na nie z synem, nie wszystkie historie mnie wciągały, ale muzyka powodowała, że myślałam „wow!”. Dlatego do dzisiaj mam kilka ulubionych bajek, właśnie ze względu na ich muzykę.

- Teraz dostajemy płytę „Film(l)ove”, która jest pani wyznaniem miłości do kina. Jak narodził się pomysł na jej nagranie?
- Piosenki, które trafiły na tę płytę nie są zaaranżowane na całą orkiestrę, tylko na kwartet lub kwintet smyczkowy i fortepian. To skromny skład – jest więc w moim głosie dużo spokoju i intymności. Teraz właśnie taką muzykę lubię i taką chciałam pokazać moim słuchaczom. Kiedyś na początku kariery koledzy z Brathanków zaprosili mnie do Eli Zapędowskiej na warsztaty. I ona wtedy mi powiedziała: „Są w Polsce dwa wyjątkowe głosy. Jeden z nich jest twój. Teraz od ciebie zależy jak pokierujesz swoją karierę”. Ela pewnie już tego nie pamięta, ale ja cały czas o tym myślę. I wydaje mi się, że dziś bardziej wiem o czym mówiła. Czas z Brathankami był fantastyczny – ale mnie dziś w duszy gra nie taka skoczna muzyka, tylko zupełnie coś innego. I dopiero teraz mam w sobie odwagę to pokazać, a nie tylko odgrzewać „Czerwone korale” lub śpiewać inne skoczne piosenki. Nie mówię, że się całkowicie od nich odcinam, ale „Film(l)ove” jest dla mnie początkiem nowej drogi. Tym bardziej, że jest to album koncepcyjny.

- No właśnie: na płytę trafiło dziesięć utworów, które znamy z dużego i małego ekranu. Jaki był klucz ich wyboru?
- Kierowałam się swoim gustem. Zaczęłam od „Dwóch serduszek” z „Zimnej wojny”, które mnie wprost zachwyciły. Szczególnie w takim opracowaniu, w jakim trafiły na płytę. Jest w tym utworze coś nieprawdopodobnie przejmującego. Dlatego trafił on na pierwszy singiel z albumu. Z drugiej strony sięgnęłam po piosenkę „O sobie samym” Roberta Gawlińskiego. To ballada zaśpiewana przez mężczyznę, ale tak mi się spodobała, że postanowiłam ją pokazać w kobiecej odsłonie. Mamy tu też walc z filmu „Noce i dnie”, który jest ze mną od dawna. Pierwszy raz zaśpiewałam go osiemnaście lat temu na koncercie fundacji Jolanty Kwaśniewskiej. Mamy tak dużą bazę filmowych piosenek, że mogłam wybierać do woli i nadawać im nowy wyraz.

- Wszystko są to piosenki o miłości. To przypadek?
- Tak. To jest przypadek. Może tak poprowadził mnie jakiś wewnętrzny głos? Albo po prostu te piosenki o miłości są najpiękniejsze? Niby miłość to najbardziej banalny temat, ale jak się okazuje najważniejszy.

- Co te piosenki opowiadają nam o pani?
- Tu ważne są przede wszystkim moje interpretacje. Bo spróbowałam każdą historię zawartą w tych utworach opowiedzieć na nowo. Mimo, że nie są to utwory napisanie dla mnie, w studiu zdarzało mi się czasem tak wczuć się w śpiewany tekst, nie sprawdzając przy tym z jakiego filmu pochodzi, że aż łzy mi napływały do oczu. Czułam magiczne połączenie z wokalistami, którzy wcześniej śpiewali te utwory. Miałam wrażenie, że to z nimi spędzam czas w studiu.

- Która z tych piosenek jest pani najbliższa?
- „Trzy orzeszki”. To utwór z czeskiej bajki, którą pamiętam z dzieciństwa. Tamtejsza telewizja co roku powtarza ją na Boże Narodzenie. Tak jak w Polsce nie może być świąt bez Kevina samego w domu”, tak w Czechach bez „Trzech orzeszków”. Dlatego od zawsze kocham tę piosenkę, która jest bardzo emocjonalna.

- „Ta ostatnia niedziela” to nie nazbyt staroświecki utwór dla pani?
- Przeciwnie. To jedna z najważniejszych dla mnie piosenek na tym albumie. Jest tak fantastycznie zaaranżowana, że ma w sobie coś niesamowitego. I to właśnie przy jego nagrywaniu towarzyszyły mi największe emocje. Kiedy byłam małą dziewczynką, znalazłam w domu płytę winylową z tym utworem i zrobił on na mnie wielkie wrażenie. Nic dziwnego – potem dowiedziałam się, że w latach 20. i 30. nieszczęśliwie zakochani często popełniali przy tej piosence samobójstwa. Byłam tym niezwykle poruszona: że ktoś sobie puszcza tę płytę i decyduje się na taki krok. Dlatego kiedy zaczęliśmy myśleć o „Film(l)ove”, od raz powiedziałam, że ta piosenka musi się znaleźć na tym albumie.

- Wspomniała pani o tych intymnych aranżacjach wszystkich piosenek. Co panią w nich pociąga?
- To efekt mojego dojrzewania. Gdyby spytał mnie pan kilka lat temu jaką scenę lubię – małą czy dużą, odpowiedziałabym, że tą drugą: plenerową i festiwalową. „Bo się boję, że z tej małej bym spadła” – powiedziałam kiedyś w wywiadzie. To się jednak zmieniło. Teraz już wiem, że wolę śpiewać na tych małych scenach – w teatrach czy w filharmoniach. Po wielu latach wykonywania skocznej muzyki, zebrałam zupełnie inną publiczność. W ostatnich latach zagrałam już wiele takich klimatycznych koncertów na mniejszy skład – i rozkochały one mnie w takim intymnym graniu. Dlatego już w pandemii zrobiliśmy pięć utworów w akustycznych wersjach. To był początek. Dziś chcę stać spokojnie przy mikrofonie i opowiadać swym słuchaczom wzruszające historie. Największą frajdę sprawiają mi koncerty, podczas których ludzie wsłuchują się w teksty utworów i czasem nawet płyną łzy.

- Ta nowa pani muzyka dociera do fanów również za sprawą teledysków. Do „Dwóch serduszek” powstał bardzo stylowy wideoklip. Dużą wagę przykłada pani do swoich teledysków?
- Dużą. Ale dzieje się to od momentu, od kiedy ja sama mam na nie wpływ. Najpierw w pandemii zrobiliśmy teledysk do „Zanim stracisz” – i potem przejęłam pełną kontrolę artystyczną nad tym, jak wyglądają moje teledyski i sesje zdjęciowe. Bardzo tego pilnuję. Teraz mam małe dziecko i zdarza mi się na coś machnąć rękę, ale wtedy ostatecznie cały projekt idzie do kosza i robimy to jeszcze raz. Bo nie byłam czujna w momencie podejmowania decyzji czy coś jest OK czy nie. Dlatego nie idę już na żadne kompromisy i nie pozwalam na półprodukty. Teledysk jest bardzo ważną formą prezentacji mojej płyty. Po to się go robi – a nie po to, żeby mówić: „No, niestety nie wyszło”. Tym bardziej, że tym razem do tego, co jest w klipach, będziemy nawiązywać podczas koncertów.

- Teledysk to krótki film. Ciągnie panią do aktorstwa?
- Miałam już okazję zagrać Marlenę Dietrich w spektaklu „Edith i Marlene” w reżyserii Marty Meszaros. Graliśmy to kilka lat. Ania Sroka wcieliła się w nim w Edith Piaf. Szkoda, że ten spektakl został przerwany, bo zainteresowanie widzów było ogromne. Do aktorstwa jednak mnie nie ciągnie. To była wyjątkowa sytuacja, bo uwielbiam i cenię Martę Meszaros. Ona chciała zobaczyć mnie w roli Marleny Dietrich i było to dla mnie wielkie wyzwanie, ponieważ nie mam żadnego doświadczenia aktorskiego. Ania Sroka i Ewa Telega bardzo mi pomogły i mocno poprowadziły aktorsko. To ich zasługa, że liznęłam teatr. Natomiast nie jest to miejsce, do którego się pcham.

- Niebawem trasa koncertowa, podczas której będzie pani prezentowała „Film(l)ove”. To będzie coś wyjątkowego?
- Tak. Przynajmniej dla mnie. To dla mnie nowe otwarcie. Pierwszy raz w swej biografii robimy spójną, biletowaną trasę koncertową. Do tej pory najczęściej śpiewałam podczas bezpłatnych wydarzeń. Wierzę, że teraz będę podążać tylko tą drogą. Przygotowywanie tej trasy przynosi mi wielką satysfakcję. Stoi za nią wspaniały zespół, który mi w tym pomaga. Wierzę, że wspólnie na scenie stworzymy magię.

- Mały Leo pojedzie w trasę ze swoją mamą?
- Już jeździł do tej pory. Teraz się zastanawiam jak będzie w przypadku tej trasy. Jeśli będą to jednodniowe wypady, to chyba nie ma sensu go męczyć w samochodzie. Bo jeszcze nie lubi jeździć autem i trudno mu wytłumaczyć, że trzeba w nim grzecznie siedzieć. Natomiast kiedy pojedziemy na kilka dni pod rząd, to wtedy na pewno go zabiorę. Tak będzie podczas mojej trasy kolędowej po Stanach tej zimy, kiedy będę prezentować na żywo materiał z takiej właśnie płyty, którą wydałam pod koniec zeszłego roku.

- Starszy syn opiekuje się małym braciszkiem?
- Piotrek jest rozczulający jako starszy brat. Cudownie się razem bawią. Kiedy mam potrzebę, aby mi pomóc w pilnowaniu małego, Piotrek robi to wspaniale. Z nami w domu jest też Nikodem – syn mojego partnera. Mały kocha bardzo obu chłopaków. Im dłużej nie wyfruną oni z naszego domu, tym lepiej dla nas, bo cudowanie na nich wszystkich razem patrzeć.

- Między braćmi jest aż osiemnaście lat różnicy. Jak Piotr przyjął narodziny Leo?
- Piotrek szybko sobie uświadomił, że to jest opieka non stop. Kiedy minął trzeci miesiąc, przyszedł do mnie w kuchni i mówi: „Mamo, nie wiedziałam, że to tak wygląda, to jest opieka 24 na dobę”. Dlatego myślę, że to najlepsza antykoncepcja dla chłopaka w jego wieku. (śmiech) Przy okazji może też zobaczyć ile wysiłku musiałam włożyć w jego wychowanie. Ciągle mu mówię: „Zobacz, ciebie też tak przytulałam” albo „Ty też tak robiłeś”. „Jezu, mamo” – irytuje się wtedy. Ale w jego wieku to normalne.

- Macierzyństwo w dojrzałym wieku smakuje inaczej niż to za młodu?
- Oczywiście. I jest genialne. Jednego i drugiego syna kocham na zabój. Obaj są moimi pupilkami. Ale mam dużo więcej cierpliwości do Leosia. Byłam przygotowana na to, co będzie się działo po narodzinach i nic mnie nie zaskoczyło. Żadne nieprzespane noce. Moje koleżanki mówią: „Mnie by się tak nie chciało”. Tymczasem mnie się bardzo chce. Coraz dłuższe nóżki Leosia uświadamiają mi tylko jak ten czas szybko leci. Tak samo było z Piotrkiem. Pamiętam jak zanosiłam go czasem sprzed telewizora do łóżeczka i pewnego razu poczułam, że już jest za ciężki. Powiedziałam mu wtedy: „Synku, musisz wstać i sam pójść”. Teraz wiem, że z Leosiem będzie tak samo. Bardzo doceniam to szczęście. Macierzyństwo w moim wieku jest bardzo świadome i dojrzałe. Korzystam więc z każdej minuty spędzonej z moim maluchem. Nigdy nie mam myśli w rodzaju „Jezu, weźcie go już ode mnie” albo „Dajcie mi wreszcie odpocząć”. Niedawno spotkałam się z moją menedżerką i ona mówi: „Co, cieszysz się, że masz wolne?”. „Wcale nie” – odpowiedziałam. Oczywiście muszę pracować i kocham to, co robię, ale czas spędzony z dzieckiem jest bezcenny. Dlatego obawiam się, że Leoś będzie tak rozpieszczony, że szkoda mówić. (śmiech)

- Czuć, że macierzyństwo dodało pani pozytywnej energii.
- Ponieważ wstaję teraz wcześnie do Leosia, oglądam namiętnie telewizje śniadaniową. I w jednym z programów była Kasia Sokołowska, która niedawno urodziła dziecko. Dawno nie widziałam tak szczęśliwej kobiety. Coś w tym jest. Nie musimy uprawiać aerobiku czy biegać po lesie – endorfiny same się uwalniają.

- Kiedyś opowiadała pani w wywiadzie, że po narodzinach Piotra dopadł panią „baby blues”. Tym razem jest inaczej?
- Teraz jak tak samo. „Baby blues” nie jest czymś negatywnym. To emocjonalna nadwrażliwość. Iga Świątek wygrywa – ja ryczę. Lewandowski strzela bramkę – ja ryczę. Umiera królowa – ja ryczę. (śmiech) Można mnie teraz wynajmować jako profesjonalną płaczkę. Kiedy Leo się urodził byliśmy w urzędzie, żeby coś załatwić i coś mi było nie na rękę. Tak sobie wtedy popłakałam, że aż mi było wstyd. To jest „baby blues”.

- Po raz kolejny buduje pani obecnie swoje życie od nowa. Chciałaby pani, żeby tym razem było to już na zawsze?
- Człowiek nigdy nie zakłada, że nie będzie na zawsze. Ale teraz wiem, że tym razem to naprawdę będzie na zawsze.

- A jak to jest zakochać się w dojrzałym wieku?
- O tym jak to jest zakochać się w dojrzałym wieku, jeszcze mam czas się przekonać. (śmiech) Bo znam zakochanych osiemdziesięciolatków. Pytałam ich jak to jest i powiedzieli mi, że to są te same motyle w brzuchu, które ma się zakochując się w wieku dwudziestu lat. Na miłość i szczęście nigdy nie jest za późno.

- Mówi się, że w każdym kolejnym związku nie popełniamy błędów z tych wcześniejszych. To prawda?
- Ja tego nie porównuję. Tworzymy dziś z Marcinem piękną historię i nie ma sensu wracać do tego, co było kiedyś. Byłoby to nie fair.

- Ale po raz kolejny związała się pani z osobą z muzycznej branży.
- Po prostu przebywam w tym środowisku. Nie bywam wśród lekarzy czy prawników. Spotykam się z ludźmi, którzy tworzą muzykę. Takie życie jest mi widocznie pisane.

- Wspólna pasja do muzyki jest ważna w pani obecnym związku?
- Oczywiście. Oboje kochamy muzykę i jest ona naszym wspólnym językiem. To nie tylko nasz zawód, ale też pasja. A wspólna pasja w związku to ważna rzecz. Możemy się fascynować i zachwycać tymi samymi koncertami czy filmami. Jeśli chodzi o znajomość muzyki, to ja jestem mały pikuś przy Marcinie. On ma ogromną wiedzę na każdy temat. Jego specjalnością jest odgadywanie jak ktoś nawiązał w swoim utworze do innego utworu z historii muzyki. Marcin jest w takiej konkurencji nie do pokonania. Bardzo mi to imponuje.

- Pracowaliście państwo razem nad „Film(l)ove”?
- Tak. To właśnie Marcin zasugerował mi kilka nowszych piosenek. Choćby wspomniane „O sobie samym”. Początkowo trochę się zastanawiałem jak to wypadnie w moim wykonaniu, ale okazało się, że Marcin miał rację. Robert Gawliński jest wspaniałym kompozytorem i uwielbiam jego piosenki, bo są szalenie melodyjne. Cieszę się więc, że mogłam zaśpiewać ten utwór. Marcin jest poza tym producentem całej płyty.

- I jakim jest producentem?
- Przede wszystkim jest w pracy partnerem. To nie producent, który ma wizję i wykonawca musi ją wypełnić. Marcin rozumie na czym polega bycie artystą. Dlatego pozwala rozwinąć skrzydła. Kiedy mam swoją wizję tego, jak ma być zaśpiewany dany utwór, to absolutnie nie wchodzi w moje kompetencje i nie narusza mojej przestrzeni wokalnej. To jest fenomenalne. Nasłuchuje i bardzo umiejętnie przekazuje swoje uwagi. Ja zresztą bardzo sobie cenię jego opinię i zawsze proszę go, by wskazywał, kiedy coś jest nie tak. Jego przemyślenia są zawsze konstruktywne i w punkt.

- Pracujecie zatem państwo bezkonfliktowo?
- Tak. Zresztą pracowaliśmy już wcześniej. Najpierw w pandemii zaprosił mnie do zaśpiewania wspólnie z innymi artystami piosenki „Wszystko znowu będzie dobrze”. Potem spotkaliśmy się podczas pracy nad „Zanim stracisz”. Szybko znaleźliśmy wspólny język.

- Marcin też jest cenionym wokalistą. Nie myśleliście państwo o duecie?
- Nie było takiego pomysłu. Marcin nie jest w ogóle człowiekiem osaczającym: że jest płyta i on będzie tutaj wszystkim. Myślę więc, że byłby daleki od takiego pomysłu i pewnie nie dałby się na to namówić. Ale kto wie – może kiedyś w przyszłości? Bo bardzo lubię jak Marcin śpiewa.

- Kiedyś nagrała pani piosenkę z synem. Piotr jest zainteresowany muzyczną karierą?
- Nigdy nie był. Wtedy zrobił to dla mnie. Bardzo się bałam złożyć mu taką propozycję, ale chciałam zachować ten jego dziecięcy głosik. I udało się. On już nigdy siebie takim nie usłyszy, bo dzisiaj jest już dorosłym człowiekiem. To jest więc nasza pamiątka na zawsze. Piotrek nigdy nie był zainteresowany muzyką. Pokazywał to już w przedszkolu: podczas jednej piosenki na jasełkach ziewnął chyba 32 razy. Śpiewanie nudziło go więc niewyobrażalnie i zawsze stał gdzieś z tyłu. Bardziej interesował się tym, co by tu można z kolegami zbroić. Dlatego zawsze groziłam mu palcem, by przynajmniej nie przeszkadzał innym i wystał grzecznie do końca.

- Czym się zatem interesuje?
- Filmem. I to od realizacyjnej strony: montażem czy reżyserią. Zresztą jest w filmowym liceum.

- To teraz czekamy na duet z Leo.
- Jak na razie jego bardzo ciągnie do muzyki. Reaguje niesamowicie na dźwięki. Więc zobaczymy. Ale ja Piotrkowi nigdy nie narzucałam niczego i tak samo będzie z Leosiem. Niech wybiera swoją drogę sam, a ja jestem tylko od tego, żeby go wspierać.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.