Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Gdynia: tu każda historia jest wyjątkowa

Czytaj dalej
Fot. Archiwum MMG
Grażyna Antoniewicz

Gdynia: tu każda historia jest wyjątkowa

Grażyna Antoniewicz

Liczymy na to, że to miejsce będzie żyło dzięki gdynianom, którzy zechcą się podzielić rodzinnymi pamiątkami i wspomnieniami. O otwartej w piątek 10 lutego 2017 r. wystawie „Gdynia - dzieło otwarte”- opowiadają jej twórcy.

Historia Gdyni splata się z tysięcy ludzkich losów, wydarzeń, historii i właściwie każda z tych historii jest wyjątkowa i godna opowiedzenia. I jak z tylu wątków, zjawisk, postaci stworzyć wystawę?

- Oczywiście staraliśmy się wybrać takie, które mówią coś ważnego o Gdyni, ale proszę mi wierzyć, wybór nie był łatwy - zapewnia Jacek Friedrich, dyrektor Muzeum Miasta Gdyni i jeden z trojga kuratorów wystawy (pozostali to Agata Abramowicz i Andrzej Hoja). - Ciekawych gdyńskich historii jest tak dużo. Pomocą było dla nas to, że opowieściami o rodzinnych losach podzieliło się z nami wiele osób, użyczono nam też albo podarowano rozmaite gdyńskie pamiątki. Z tego cieszymy się szczególnie, bo bardzo zależało nam na tym, żeby opowiadać o dziejach Gdyni w oparciu o realne przedmioty, które uczestniczyły w historii. Wierzę w siłę oddziaływania autentyku, nawet najskromniejszego. Oryginalny przedmiot ożywia wyobraźnię - kończy dyrektor.

Foto-Elite w trzech odsłonach

Rodzinne zdjęcie z 1934 roku
Archiwum MMG Aparat marki Voigtländer - jest na nim tabliczka z nazwą i adresem sklepu

- Widzimy tu aparat fotograficzny i pudełka na negatywy z napisem Foto-Elite. To nazwa popularnego w przedwojennej Gdyni zakładu fotograficznego. Emblematem zakładu nieprzypadkowo była kobieca główka w kapeluszu i z aparatem fotograficznym. Jego właścicielką była bowiem kobieta - Mieczysława Nogajewska.

- To ciekawa postać, pojawia się ona na naszej wystawie w trzech różnych okresach - opowiada Agata Abramowicz, wicedyrektor muzeum i współtwórczyni wystawy. - W 1928 roku razem z mężem przyjeżdża z Poznania, bo małżonkowie postanawiają spróbować szczęścia w budującej się Gdyni. Otwierają zakład fotograficzny. Niestety, mężczyzna umiera rok później. Młoda kobieta zostaje sama z trójką dzieci. Nie może prowadzić zakładu, nie mając rzemieślniczych papierów, ale ponieważ jest energiczną i dzielną kobietą, zdaje w Grudziądzu konieczne egzaminy i wkrótce sama prowadzi zakład. Niebawem staje się on najbardziej popularnym zakładem fotograficznym w mieście.

Kiedy Niemcy w 1939 roku wkraczają do Gdyni, razem z dziećmi zostaje wysiedlona i trafia do Warszawy. W okupowanej stolicy znów zakłada pracownię fotograficzną o nazwie Foto-Elite. W powstaniu warszawskim po raz kolejny traci wszystko. Po wojnie wraca do Gdyni i zakłada pracownię fotograficzną, w tym samym miejscu, czyli w kamienicy Hundsdorffów, i pod tą samą nazwą: Foto-Elite.

W 1950 roku jej zakład zostaje jednak upaństwowiony i to jest ostateczny koniec firmy. Mieczysława Nogajewska nie ma już siły walczyć i przeprowadza się z powrotem do Warszawy.

Zwyczajne - niezwyczajne siodełko

Poznajemy fascynujące historie gdynian, ich codzienność, spektakularne wydarzenia, sukcesy i porażki - wszystko, co przez lata ukształtowało „polski Nowy Jork”. Ale co na wystawie robi rowerowe siodełko?

- To przypomnienie, jak ważną rolę odegrały w budującej się Gdyni rowery. Robotnicy portowi często mieszkali w dzielnicach położonych daleko od portu. Komunikacja miejska nie była jeszcze zbyt rozwinięta, a pojedyncze autobusy jeździły nieregularnie i były dość kosztowne. Najlepsze rozwiązanie stanowił więc zakup roweru, choć był to spory wydatek.

- Kiedy poszukiwaliśmy zdjęć, okazało się, że pradziadek pani Moniki Zakroczymskiej (konserwator zabytków, która współpracuje z muzeum) mieszkał w Wielkim Kacku i dojeżdżał na takim rowerze do pracy w porcie. To właśnie on i jego koledzy stoją obok swoich rowerów na tej pięknej fotografii - mówi dyrektor Agata Abramowicz, pokazując jedną ze ścian ekspozycyjnych.

Plecak, który ocalił Gdynię

Niegdyś zielony, dzisiaj nieco wypłowiały, wykończony skórzanymi paskami, uszyty z namiotowego płótna - legendarny plecak z podwójnym dnem, plecak, o którym mówi się, że ocalił Gdynię. To w nim druhna Mieczysława Oleszak pod koniec wojny przeniosła przez linię frontu plany umocnień hitlerowskich wokół miasta i przekazała dowództwu Armii Czerwonej. Plany sporządzone zostały przez gdyńskich harcerzy podczas słynnej akcji B-2.

Gdy zbliżał się front, druhowie z Tajnego Hufca Harcerskiego w konspiracji obserwowali niemieckie przygotowania do obrony. Swoje obserwacje przekazywali kartografom, którzy informacje nanosili na plan miasta. Szczegóły całej operacji nie są do dziś w pełni wyjaśnione, wiadomo jednak, że 21-letniej łączniczce udało się przejść przez linię frontu na terenie Kaszub i dostarczyć mapę ukrytą w podwójnym dnie plecaka.

Legenda mówi, że po drodze gdyńska harcerka przekonała niemieckich żołnierzy, że chce odwiedzić chorą matkę, a ci podwieźli ją nawet czołgiem.

Skarb w tobołkach

Maszyna do szycia marki PFAFF, takich maszyn zachowało się wiele...

- Ale historia, która się wiąże z tą maszyną, jest zupełnie niesamowita - opowiada dyrektor. - Na początku wojny Niemcy brutalnie wyrzucili 80 tysięcy gdynian z ich mieszkań. Wprowadzili przy tym bardzo rygorystyczne przepisy mówiące o tym, co wolno ze sobą zabrać, a co trzeba zostawić. Chodziło o to, żeby niemieccy osadnicy mogli przyjść na gotowe. I oczywiście, takich rzeczy jak maszyna do szycia nie można było zabrać. Dlatego małżeństwo Ficów rozmontowało ją na części, które członkowie rodziny poukrywali w swoich tobołkach. Po przybyciu na miejsce przeznaczenia z powrotem ją złożyli, dzięki czemu w czasie wojny mieli źródło utrzymania.

Rodzinne zdjęcie z 1934 roku
Archiwum MMG Maszyna do szycia rodziny Ficów z 1938 roku, którą rozebrano i wyniesiono w tobołkach z Gdyni

- I w ten sposób nasza maszyna do szycia nie jest jakimś mniej lub bardziej ciekawym zabytkiem techniki, ale stanowi cenny dokument ludzkich losów. - To dobry przykład tego, wedle jakiego klucza staraliśmy się dobierać eksponaty na wystawę. Mają one świadczyć o czyimś niepowtarzalnym, indywidualnym losie, ale równocześnie ukazywać losy całego miasta czy całej gdyńskiej społeczności - dodaje Jacek Friedrich.

Zdeformowany pocisk

- Jak już mówiłem, zależy nam przede wszystkim na sile oddziaływania autentycznych obiektów - przypomina dyrektor Friedrich. - Jasne, że w dzisiejszych czasach trudno całkowicie uciec od nowoczesnych środków technicznych, ale staramy się traktować je tylko jako dopełnienie naszej opowieści, a nie jako główną atrakcję wystawy. Myślę, że zdeformowany pocisk, który utkwił w swetrze robotnika manifestującego w Grudniu 1970 roku, przemawia do wyobraźni w sposób, którego nie zastąpi nawet najwspanialsza cyfrowa animacja, pokazująca milicjantów strzelających do robotników. Ten pocisk ma bardzo ciekawą historię - opowiada Friedrich. - Jednym z manifestantów był Marian Drabik, który szczęśliwie przeżył grudniową masakrę, ranny, trafił jednak do szpitala. Zniekształcony rykoszetem pocisk jakoś szczęśliwie zaplątał się w sweter Drabika. Znalazła go dopiero jego matka, gdy odbierała rzeczy syna ze szpitala.

Teraz Polska

Sto lat temu pracujący w Gdyni wiejski nauczyciel Jan Kamrowski założył szkolny dziennik, który prowadził przez następne lata.

Rodzinne zdjęcie z 1934 roku
Archiwum MMG Dziennik szkolny, w którym nauczyciel Jan Kamrowski od 10 lutego 1920 roku prowadził zapiski już tylko w języku polskim

- To eksponat zupełnie wyjątkowy - zapewnia dyrektor Agata Abramowicz. - Dziennik został założony w 1917 roku, w czasach gdy teren dzisiejszej Gdyni należał do państwa niemieckiego. Urzędowy dziennik szkolny był więc prowadzony w języku niemieckim. Jednakże 10 lutego 1920 roku, w dniu symbolicznych zaślubin Polski z morzem, w dzienniku pojawił się pierwszy zapis w języku polskim - tego dnia nauczyciel zapisał: „Święto narodowe”, a trzy dni później: „Wojsko polskie”. Trudno o bardziej wyrazisty dowód na to, jak wielka zmiana wówczas nastąpiła.

Jak bracia Wilke kupili flotę

Na wystawie znalazły się sztućce z Grand Café, największej i najbardziej reprezentacyjnej restauracji i kawiarni w przedwojennej Gdyni, którą założył szanowany i zamożny kupiec z Torunia Stanisław Lisiecki. Mieściła się na rogu skweru Kościuszki i ulicy Świętojańskiej, a jadał tu sam prezydent Mościcki.

- Lisiecki świetnie sobie radził, ale w 1935 roku nieuczciwy pełnomocnik doprowadził go do bankructwa - opowiada dyrektor Agata Abramowicz. - To przykład na to, że historia Gdyni to nie tylko historia sukcesów.

Jednak spektakularnych karier było tu więcej niż porażek. Świetny przykład stanowią bracia Wilke, kaszubscy rybacy, którzy poza sezonem na swoim kutrze obwozili wczasowiczów po porcie.

Rodzinne zdjęcie z 1934 roku
Archiwum MMG Takim rybackim kutrem bracia Robert i Franciszek Wilke wozili wczasowiczów po porcie

Interes był na tyle udany, że wkrótce zamówili w Gdańsku motorówkę, którą nazwali Delfin. Potem kupili kolejne motorówki i tak zostali armatorami. W sezonie firma obsługiwała od 100 do 200 tysięcy pasażerów.

Kaseta magnetofonowa

Stanowi dowód na to, jak przedmiot, który na pchlim targu nie kosztowałby pewnie nawet dwóch złotych, nabiera wartości dzięki historii, która się za nim kryje.

- Młody chłopak, Marek Hipsz, wypłynął w morze, chyba pierwszy raz w życiu. W Gdyni została jego narzeczona, Katarzyna Jarocka. Chłopak z ukochaną komunikował się za pośrednictwem Gdynia Radio. Żeby te krótkie, parominutowe rozmowy tak szybko nie umykały, nagrywał je na kasetę magnetofonową, a potem je sobie odtwarzał. To historia, która mnie szczególnie wzrusza - przyznaje dyrektor Friedrich. - Dzięki takim przedmiotom my, muzealnicy, możemy zbliżyć naszych widzów do wydarzeń, o których opowiadamy.

Suknia balowa kapitanowej

Na wystawie pojawiają się bardzo różne rzeczy. Z jednej strony zrobiona naprędce z byle czego poduszka, służąca w Sierpniu 1980 roku przywódcy strajku w gdyńskiej stoczni, albo sukienka komunijna uszyta zaraz po wojnie z taniej nylonowej tkaniny spadochronowej, a z drugiej strony - kupiona na Zachodzie, ozdobiona złotą folią aluminiową suknia balowa pani kapitanowej.

Ciekawym eksponatem są nożyce krawieckie Marty Donimirskiej, młodej Kaszubki, która wyszła za Józefa Skwarlińskiego, chłopaka z Kieleckiego, przybyłego do Gdyni w poszukiwaniu pracy.

- Z kolei brat Marty ożenił się z siostrą Józefa. Obie pary wzięły ślub równocześnie, a te zaślubiny to dla nas piękny symbol tworzenia się nowej gdyńskiej społeczności - mówi Jacek Friedrich. - Cennym dokumentem jest także album z amatorskimi fotografiami Józefa Walaskowskiego, który przez kilkanaście międzywojennych lat dokumentował życie polsko-duńskiego osiedla powstałego przy okazji budowy portu.

Skrytka na cukierki

- Na wystawie znalazło się też miejsce na zabawne eksponaty. Przykład - księga należąca do księdza Hilarego Jastaka. Na okładce poważny napis: „Pierwsza pomoc w cierpieniach wewnętrznych”, a po otwarciu okazuje się, że to skrytka na cukierki, którymi duchowny częstował swoich gości - uśmiecha się Jacek Friedrich.

Ksiądz Jastak był proboszczem parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, na przekór komunistycznym władzom udało mu się doprowadzić do budowy nowego gmachu kościoła.

- Potem pomagał ofiarom Grudnia 1970 roku, a w Sierpniu 1980 roku odprawił mszę polową w gdyńskiej stoczni - przypomina dyrektor. - Była to pierwsza w historii Polski Ludowej msza polowa w państwowym zakładzie pracy. Gdyński kapłan odprawił ją bez zgody władz państwowych, ale co ciekawe, również bez zezwolenia władz kościelnych.

- Mamy nadzieję, że nowa wystawa będzie żyła. Jesteśmy otwarci na współpracę z mieszkańcami. Na ekspozycji będzie specjalny moduł, który co trzy miesiące zamierzamy wymieniać. Chcemy w nim prezentować różne wątki, opowieści, aneksy do głównej części wystawy - mówi dyrektor. - Liczymy na to, że to miejsce będzie żyło dzięki gdynianom, którzy zechcą się podzielić rodzinnymi pamiątkami i wspomnieniami.

Prace nad wystawą trwały dwa lata
Na powierzchni 651 m kw. prezentowane są 73 historie, z wykorzystaniem ponad 150 oryginalnych eksponatów i prawie 1,5 tys. zdjęć. Tradycyjnej ekspozycji towarzyszą materiały prezentowane na ponad 40 stanowiskach multimedialnych, ponad 120 minut filmów oraz przygotowane specjalnie animacje.

grazyna.antoniewicz@polskapress.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Koszalińskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Koszalińskiego
  • codzienne e-wydanie Głosu Koszalińskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Grażyna Antoniewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gk24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.