Borys Szyc musiał pokazywać, że jest trzy razy bardziej męski niż w rzeczywistości

Czytaj dalej
Fot. Szymon Starnawski /Polska Press
Paweł Gzyl

Borys Szyc musiał pokazywać, że jest trzy razy bardziej męski niż w rzeczywistości

Paweł Gzyl

Alkohol o mały włos nie zniszczył mu życia. Miłość sprawiła jednak, że znalazł siłę, aby zawalczyć o swoją przyszłość.

Niedawno widzieliśmy go w wyjątkowo ekstrawaganckiej roli w westernie „Magnezja” – rzadko który aktor-mężczyna ma bowiem szansę zagrać... kobietę. Zupełnie inną stronę swego aktorstwa zaprezentował w serialu „Król”, który uznano za największą polską produkcję tego typu w tym roku. Na małym ekranie możemy go również oglądać w reklamie, gdzie walczy na miecze z samym Michałem Żebrowskim. To oznacza, że nie narzeka na brak pracy.

- Na szczęście mój zawód to też moja pasja, więc sprawia mi radość. Skłamałbym jednak mówiąc, że nie bywam zmęczony. I lubię wracać do prawdziwej rzeczywistości z tego filmowego chaosu. Na szczęście w domu muszę stąpać mocno po ziemi – roczne dziecko daje poczucie, że się żyje, fundując atrakcje, które każdy rodzic zna – śmieje się w „Twoim Stylu”.

*
Rodzice Borysa rozstali się niemal tuż po jego narodzeniu. Ojciec wyprowadził się z domu i nie kontaktował się z synem przez prawie dwie dekady. Ciężar wychowania chłopaka wzięła więc na siebie matka, która pracowała jako dekoratorka wnętrz. Wspomagał ją dziadek Borysa – Henryk. Dawny przedsiębiorca był dżentelmenem starej daty i kultywował w domu mieszczańskie tradycje, które wnuczek z ciekawością podglądał.

- Musiałem pokazać, że jestem trzy razy bardziej męski niż w rzeczywistości. To popychało mnie do różnych głupot, które kojarzyły mi się z męskością.

Trzeba było coś sobie rozbić, nawalić się z kolegami, gdzieś uciec, nabroić. Krótko mówiąc – byłem łobuzem. W ten sposób próbowałem nadrobić brak ojca. Biłem się, chciałem być takim chłopakiem z ulicy, który jest twardy i daje sobie radę – tłumaczy w „Gali”.

Mimo łobuzowania, Borys dobrze się uczył w szkole. Miał prawie same piątki. Z czasem wyrobił sobie opinię klasowego błazna. Rozśmieszał kolegów i koleżanki, a nawet nauczycieli. Nic więc dziwnego, że kiedy w Łodzi kręcono film „King Size”, mama zaprowadziła go na plan, gdzie zagrał rolę jednego z krasnoludków. W liceum założył z kolegami amatorski teatr i nawet wystawił jedną ze sztuk Mrożka. Inną jego pasją było jeździectwo.

- Po latach treningów mogłem startować w zawodach. Tylko że musiałem mieć własnego konia. Wtedy mama sprzedała Kossaka, który został w rodzinie z czasów, gdy dziadek prowadził w Łodzi fabryczkę, i kupiła kobyłkę. Próbowałem sam coś zarobić, w wakacje zbijałem palety albo pracowałem na plantacji róż. (…) Obiecałem sobie, że kiedy dorosnę, ja i mama będziemy mieli finansowy spokój – wspomina w „Twoim Stylu”.

*
Choć myślał o medycynie i prawie, kiedy przyszło wybierać studia, zdecydował się na aktorstwo. Ponieważ ojciec mieszkał wtedy w Warszawie, gdy Borys zaczął jeździć na kursy przygotowawcze w tamtejszej Akademii Teatralnej, zatrzymywał się u niego na weekendy. Początkowo z trudem przychodziło mu mówienie do niego „tato”, z czasem jednak relacje między nimi zdecydowanie się poprawiły. A studia okazały się dla chłopaka „obozem ćwiczebnym”, który rozpalił jego miłość do aktorstwa.

- Zderzenie z rzeczywistością następuje, gdy udaje ci się z tego obozu wydostać. A właściwie zderzenie polega na tym, że nie udaje ci się z niego wydostać, bo nie dostajesz pracy. Ja miałem szczęście. Dostałem nagrodę za przedstawienie dyplomowe i od razu angaż w Teatrze Współczesnym. Nie mogę narzekać, ale dla kolegów zderzenie polegało na tym, że nie dostawali angażu w teatrze – podkreśla w „Logo24”.

Początkowo Borys był zafascynowany sceną i uważał, że granie w telewizyjnych serialach jest poniżej jego godności. Etat aktora nie pozwalał mu jednak prowadzić życia na takim poziomie, na jakim chciał. Dlatego w końcu przełamał się. Popularność przyniosła mu rola w dramacie więziennym „Symetria” i występ w serialu „Oficer”. Krytycy docenili go jednak dopiero, kiedy zagrał dresiarza w „Wojnie polsko-ruskiej”. Wtedy przyszły pierwsze duże pieniądze i Borys poczuł się „królem życia”.

- Lubię wydawać. Dlatego nigdy nie będę bogaty. Zawsze wszystkim stawiałem. Podejmowałem wiele pochopnych decyzji. Kupowałem jakieś restauracje na Mazurach, gdzie straciłem wszystkie zainwestowane pieniądze, i jeszcze spłacałem za kogoś kredyt. Robiłem straszne głupoty, jeżeli chodzi o moje „niesamowite” interesy. Ileż ja wirtualnych jachtów kupiłem, domów, działek, ile filmów prawie nakręciłem!– śmieje się w serwisie Polki.pl.

*
Z czasem popularność otumaniła Borysa. Ponieważ szastał pieniędzmi na prawo i na lewo, zawsze miał wokół siebie chmarę znajomych. Kiedy wracał do domu, zostawał jednak sam w czterech ścianach. Zaczął więc coraz częściej sięgać po alkohol. Paparazzi z lubością przyłapywali go, jak wytaczał się z jednej czy drugiej knajpy. W końcu z przerażeniem stwierdził, że jest uzależniony.

- To choroba bardzo trudna do zdiagnozowania. Po cichu wchodzi w każdy zakamarek życia, a później wiąże się ze wszystkim, co robisz, z twoją miłością, z twoim jedzeniem, z twoim codziennym rytmem życia. I tak zaczyna się w ciebie wczepiać, że właściwie nie wiadomo, kiedy przejmuje nad tobą kontrolę. Żaden alkoholik nie potrafi wskazać tego dnia, gdy się nim staje, to się dzieje mimochodem

– opowiada w „Vivie”.

Alkohol sprawił, że Borys nie potrafił również stworzyć trwałego związku. Rozstał się nawet z Anną Bareją, która dała mu córkę Sonię. Aktor wychowywał ją na odległość i jak sam przyznawał – przede wszystkim rozpieszczał.
Wszystko zmieniło się, kiedy przypomniał sobie o koleżance ze studiów. Zobaczył profil Justyny Nagłowskiej na Facebooku i umówił się z nią na spotkanie. Szybko okazało się, że para świetnie się rozumie. Tak narodziła się miłość i Justyna postanowiła pomóc Borysowi wyjść z nałogu. Udało się: dziś są małżeństwem, mają rocznego synka i aktor dzielnie trwa w swej abstynencji.

- Oboje z mężem odważyliśmy się na tę miłość, mimo że nikt nam nie dawał żadnych szans. O pewnych rzeczach nie dyskutujesz, po prostu je czujesz. Tylko my wiedzieliśmy, co w nas wrze. Nikt nam tego małżeństwa nie zrzucił z nieba. Po drodze pokonaliśmy mnóstwo przeciwności. Dlatego czuję się taka szczęśliwa. Jestem wdzięczna sobie i Borysowi, że podjęliśmy wyzwanie, żeby razem iść przez życie – mówi Justyna w „Vivie”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gk24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.