Andrzej Komorowski: Zaklinamy rzeczywistość. Koronawirusa boimy się pod spodem

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
Dorota Kowalska

Andrzej Komorowski: Zaklinamy rzeczywistość. Koronawirusa boimy się pod spodem

Dorota Kowalska

Nie nosimy maseczek, awanturujemy się, jeśli ktoś nam zwróci uwagę. Traktujemy to wszystko magicznie. Już od dłuższego czasu mówię, że Polacy nie tyle są religijni, co magiczni właśnie. Zaklinamy rzeczywistość. Ciągle mnie pacjenci pytają, do dziś, przez cały czas pandemii: „Czy pan w to wierzy?”, odpowiadam: „Ale w co ja mam wierzyć? Przecież to nie wiara, nie ideologia” - mówi Andrzej Komorowski, psycholog i seksuolog


Koronawirus zmienił pana życie?

Tak, zdecydowanie. Mam w tej chwili u siebie rodzinę z zagranicy, jest przerażona. Mówią, że Polacy zachowują się tak, jakby uprawiali gęsty, ryzykowny seks i dodatkowo bez gumek.

To znaczy?

Charakterystyczne w ryzykownym seksie są kontakty z wieloma osobami, bez wyboru i ostrożności, a jeśli jeszcze nie zakładamy do tego prezerwatyw, to mamy tragedię. To tak, jakby się kazać ogolić dziecko brzytwą. Tak to mniej więcej wygląda: nie nosimy maseczek, awanturujemy się, jeśli ktoś nam zwróci uwagę. Traktujemy to wszystko magicznie. Już od dłuższego czasu zarówno w pani wywiadach, jak i w innych, mówię, że Polacy nie tyle są religijny, co magiczni właśnie.

I na czym ta nasza magiczność polega?

Zaklinamy rzeczywistość. Ciągle mnie pacjenci pytają, do dziś, przez cały czas pandemii: „Czy pan w to wierzy?”, odpowiadam: „Ale w co ja mam wierzyć? Przecież to nie wiara, nie ideologia”. To są magiczne fakty, wydawałoby się, czyli - po pierwsze: tysiące chorych ludzi, co prawda nikt nam jeszcze na ulicach nie umiera jak w Stanach Zjednoczonych, ale ta rzeczywistość bezpropagandowa tak funkcjonuje - jest mnóstwo zakażonych. Jeżeli na początku liczba stu zakażonych dziennie wywoływała u ludzi panikę, wszyscy stosowali się do wszystkiego, to później ewentualne enuncjacje polityczne na temat wyborów, ponieważ się zbliżały, były lekceważące, zmniejszające napięcie. Ludzie uwierzyli politykom, przestali się bać, przestali wierzyć w niebezpieczeństwo. I to jest proszę pani bardzo niepokojące, ponieważ Polacy przestali stosować się do zaleceń, stwierdzili, że to są wymysły propagandowe tworzone przez ideologów. Takie przekonania dotyczą głównie osób słabiej wykształconych, marginalnych, tak bym to nazwał. Nawet młodych, ale niewykształconych, źle wykształconych, pracowników fizycznych, ale też szpanującej młodzieży. Niestety, zaczęła ją ta fala obejmować, dawniej przecież nie chorowali. Teraz nie chorują głównie małe dzieci, ale one zarażają innych. Nie ma u nas tego, co na Zachodzie, tam każdy strzeże starszego człowieka, nie spotyka się starszych ludzi z małymi dziećmi. U nas małe dziecko jest ciągle pod opieką starszych osób, które są dziesiątkowane przez tę chorobę. Ona jest trudna bardzo, nauczyliśmy się ją leczyć, widać postępy w tym względzie, chociaż nie oglądamy zmęczonych twarzy lekarzy, media starają się nam nie pokazywać niczego strasznego, bo musiałyby nam powiedzieć, że jest niedobrze. Rośnie wściekłość wśród ludzi, czego następstwem jest potrzeba mediacji - widać tę potrzebę nie tylko w Polsce, na całym świecie. Wynika to także z danych, chociażby CBOS-u.

Dlaczego ludzie potrzebują mediacji?

Kłócą się ze sobą bardzo. W maju wzrosła liczba wniosków o rozwód, dzisiaj te wnioski są wycofywane, ale w związku z tym ludzie przybiegają do poradni i chcą pomocy. Wrzeszczą na siebie, również przy dzieciach, zachowują się paradoksalnie. Potem mam u siebie dorosłych rodziców, którzy niezależnie od tego, czy są lekarzami, czy robotnikami mają świadomość, iż pozostał w nich lęk przed krzykiem. Mówi do mnie facet, że najbardziej się boi tego, że ojciec będzie znowu bił matkę. Pytam: „A uderzył ja kiedyś? Widział to pan?”. Nie widział. To drążę dalej: „Dlaczego w takim razie mówi pan „znowu”?”. „Bo nie uważam na słowa. Żona mi to też zarzuca. Ona ciągle mówi, że ja coś robię „stale”. A ja niczego nie robię „stale”, tylko raz na jakiś czas się zdenerwuję”. Myślę, że to, co działo się w rodzinach, w związkach rodziców, wpłynęło destrukcyjnie na związki ich dzieci, już dorosłych. Też łatwiej się rozwodzą, łatwiej na siebie wrzeszczą - to wszystko powtarza się z pokolenia na pokolenie. I chociaż wydaje nam się, że to jest nieistotne, to jesteśmy w błędzie. Nasi dziadowie nie byli tak wykształceni - my skończyliśmy studia, wyjechaliśmy z naszej wsi, pełnimy dzisiaj eksponowane stanowiska, to głównie dotyczy słoików, tej rzeczywistości, w której ludzie trochę się ogładzili, odnaleźli, a teraz pandemia ich rozwala, kompletnie.

Dlaczego pandemia ich rozwala?

Bo nie ma kto między nimi mediować, bo rodzice albo chorują, albo są poza progiem. Zachowują się idiotycznie: szczują na żonę, jeśli są jego rodzicami, albo odwrotnie. Czasami zachowują się nieodpowiedzialnie, chociaż często sami doświadczyli rozwodu. W Paryżu o 40 procent wzrósł wskaźnik przemocy w rodzinie - w jednym tylko mieście. W Polsce, według szacunków, wzrósł o około 30 procent. Jesteśmy w sytuacji trudnej, bym powiedział, wszyscy. Dawniej ludzi rozbili coś, wrzasnęli na siebie, nakrzyczeli, przestraszyli dzieci, a dzisiaj ona go popchnie, on ją uderzy, ona stłucze wazon od jego matki.

Z czego to wynika, jak pan myśli?

Z napięcia, ze zdenerwowania. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Boją się pod spodem. „Czy pan w to wierzy, panie doktorze?” - o to pytanie idzie. A ja, mówiłem już pani o tym, tłumaczę, że to nie jest poziom wiary, ale poziom informacji. „Ale to propaganda, oni kłamią” - słyszę. „Kto oni?”. „No wie pan, ci tam”. Dopytuję: „Ale jacy ci? Jacy tam?”. To jest to samo, kiedy ludzie mówią: „Platforma kradła”. Kiedy zapytać o konkretne sytuacje, widzę wzruszenie ramionami: „No nie wiem, ale oni wszystko kryją”. To są absurdy.

Chce pan powiedzieć, że podświadomie jesteśmy zestresowani, podenerwowani, wystraszeni, mimo że tego nie okazujemy?

Tak. Zaklinamy rzeczywistość, zdajemy sobie sprawę, że to jest magiczne. W gruncie rzeczy boimy się kary, nie grzechu. Nie boimy się tego, że zrobiliśmy zło, tylko że Bóg nas ukarze. Taka jest polska rzeczywistość, pod tym względem jesteśmy specyficzni. Kary nas dotykają i będą dotykać. Na Zachodzie ludzie są pewnie mniej wierzący, ale więcej czerpią z informacji. Przeciętny Polak informacji w ogóle nie przyjmuje. Jeśli słucha radia, to przede wszystkim muzyki, jest czas informacji - radio wyłącza, bo się tych informacji boi. Słuchanie informacji wymaga dojrzałości. To jest tak jak z dzieckiem, bo dziecko nie chce powiedzieć: „Przepraszam”. Woli dostać lanie, niż powiedzieć: „Przepraszam”. Bo się krępuje, bo to go ośmiesza. Wie, że jak go uderzą, to w gruncie rzeczy będzie skrzywdzone, jak przeprosi - wyjdzie na frajera. Ale żeby odkręcić ten polityczny wymiar pandemii, wróćmy do tego, co się dzieje w wymiarach poradnianych. Przychodzi para, skacze sobie do oczu, proszę ich, żeby powiedzieli o sobie sześć dobrych rzeczy. I tu dzieje się rewolucja w ich umysłach. Nie potrafią na początku wykrztusić ani słowa, ale potem jakoś idzie. „Dobra matka, panie”, albo „No wie pan, zarobić umi” albo „umie”, zależy, jakiego języka używają. Kiedy któreś z nich przejdzie do czułości, to się rozwalają: albo płaczą, albo natychmiast chcą wszystko poprawiać, przepraszać. Wszystko toczy się inaczej, kiedy on powie; „Ładnie pachniesz”, to ona gotowa mu wybaczyć, że ją pobił wczoraj. To już zupełnie inny czas.

A jacy jesteśmy w stosunku do obcych ludzi, nie w relacjach z najbliższymi?

No cóż, to jest też kazus, który pojawia się w Polsce, a nie ma go na Zachodzie. Kiedy pani idzie i widzi, że ktoś zbliża się z drugiej strony, mówi pani „Dzień dobry”, bo nie wie, czy to sąsiad, czy znajomy, którego z daleka pani nie poznaje, ale nie chce wyjść na buca, więc się wita, ale w zamian nic pani nie usłyszy. Ostatnio zapytałem jednej z sąsiadek, czemu mi się nie odkłoniła, usłyszałem: „Bo ja pana nie znam!”. Mówię: „Ale ja przecież mieszkam obok, sąsiadami jesteśmy”. „Ale pan mi się nigdy nie przedstawił. Przyjęłam pana powitanie, jako zaczepkę” - tyle. Ubieram tę wymianę zdań w słowa, bo brzmi czasami o wiele gorzej.

Myśli pan, że jesteśmy w stosunku do siebie przez pandemię bardziej podejrzliwi?

Tak, nie tylko podejrzliwi, ale i nieufni. Spodziewamy się po drugim człowieku zła. Mówimy: „Niech się pan nie zbliża”. Swoim tego nie powiemy, ale innym tak, bo są obcy. Częściej atakujemy obcych. Atakujemy ekspedientki, panie w administracji. Wchodzę ostatnio do swojej. Pytam, co się stało, bo kobieta płacze. „Przed chwilą mi człowiek, który wszedł przed panem nawymyślał, tak ordynarnie, strasznie!”. Rzeczywiście, pan kobiecie nawymyślał, wyleciał z administracji, stoi teraz na dole i pali papierosa. Pytam: „Czemu pan tak skrzyczał tę kobietę?”, „Sam nie wiem. Na niej się po prostu skupiło. Wie pan jak to jest, nie?” - słyszę. To „nie” na końcu jest zaczepne. Mówię: „Ale nic by się nie stało, jakby pan poszedł na górę i przeprosił”. I wtedy, pierwszy raz zobaczyłem taką reakcję, usłyszałem: „No dobrze, kurwa, pójdę! No dobrze!” Wleciał na górę jak błyskawica, wyleciał, minął mnie, już mi nie powiedział nic. Poszedłem na górę. „Wpadł tutaj, proszę pana, z krzykiem powiedział: „Przepraszam panią” i wybiegł” - zrelacjonowała kobieta. Autentyczną rzecz pani opowiadam, z własnej administracji. Chore, po prostu chore! Mężczyźni się grupują w swoich grupkach, zaczynają używać sportowych przyrządów, takich jak stoły pingpongowe na podwórku, używać do libacji. Kobiety coraz częściej im towarzyszą - czego wcześniej w ogóle nie było. Kiedyś, jak chciało się wypić flaszkę, to szło się na wieś - dzisiaj tego nie ma, bo ludzie czują się obcy. Kiedyś jak szła pani przez wieś, to dzieci się pani kłaniały, a jak stał koło nich jakiś facet, to też czapkę zdjął, była pani obca, a on witał panią u siebie. Nie dlatego, że był usłużny czy uległy. Dzisiaj w ogóle tego nie ma. CBOS podaje, że w 71 procentach uważamy, iż jednostka ma prawo do czegoś - czas pandemii, to czas wspólnoty. Jesteśmy indywidualistami. Samotność, indywidualizm w gruncie rzeczy powodują strach.

Z drugiej strony czuliśmy się trochę wspólnotą, bo daliśmy się zamknąć na dwa miesiące w domach. Byliśmy bardzo karni.

Tak, byliśmy karni, dopóki wszyscy wierzyliśmy, że mamy pandemię, a rządzący są uczciwi. W momencie, kiedy tamta rzeczywistość się skończyła, kiedy nie czujemy się zaopiekowani przez państwo, tylko przez nie oszukiwani - zaczyna się robić bardzo źle.

A myśli pan, że ludzie czują się oszukani?

Tak, bo widzą, że sami dali się nabrać, że to nie tylko górnicy - teraz zaczynają odczuwać to sami. I tego się boją. Nie wiedzą, co z tym zrobić. „I co pan o tym myśli, panie Komorowski?” - pytają. Mówię, co wiem, jakie są dane. „A gdzie pan to wyczytał?”. Tłumaczę, że nie wyczytałem, że słuchałem rano wiadomości. „Nie mam czasu, proszę pana!”. Już nie mówię o podcastach radia TOK FM, czy „Gazecie Wyborczej”, bo ona działa jak płachta na byka. Na ulicy panią zaczepią, dzieją się głupie rzeczy, tego nigdy nie było. Ludzie skaczą sobie do oczu za niesioną „Gazetę Wyborczą”, albo za „Gazetę Polską”. Obie strony są agresywne. To coś przedziwnego, przedziwnego! A z drugiej strony ludzie są solidarni, potrafią zrobić sobie nawzajem zakupy, ale bez trzymanki, że tak powiem. „Idę zrobić zakupy, kupić pani coś, pani Zosiu?” - słyszę czasami, ale pytająca jest bez maseczki. Ma pani małe dziecko, nie może wyjść z domu, niech już zrobi te zakupy. W sklepie też była bez maseczki, ręce ma gołe, nie odkaziła ich na pewno, bo przecież nie wierzy, bo przecież to czary mary. To nie jest dobre.

Nie odpowiedział mi pan na pierwsze pytanie: jak koronawirus zmienił pana życie?

Zmienił w zasadniczy sposób. Czekałem długo na moje dzieci, przyjechały z zagranicy. Oni żyją w innym systemie. Chodzą cały czas w maseczkach, boją się. Widzę, że się boją. Na szczęście już wyjeżdżają, bo ten ich lęk mnie przeraża. Niby wszędzie stoją odkażacze, ale ludzie z nich nie korzystają. Syn mi ostatnio zwrócił uwagę. „Rozmawiałeś na ulicy z kobietą, ale ona była bez maski” - zauważył. Uzmysłowiłem sobie, że to prawda. Inne sytuacje niepokoją mnie jeszcze bardziej.

Jakie?

Niepokoją mnie słowa, jakie słyszę w tak zwanych mediach rządowych. Niepokoją mnie wypowiedzi polityków, bo widzę, że się miotają, że są nieprzygotowani. Dostrzega się, czy dowódca, który idzie na czele, jest lwem czy baranem. Naprawdę! Lew na czele baranów, proszę pani, może jeszcze coś zdziałać, ale baran na czele lwów - nigdy. Niepokoi mnie fakt, że wielu przedsiębiorców ukrywa fakt, że ich pracownicy są chorzy. Chodziliśmy do jednej restauracji, okazało się, że z dziewięciu pracowników, czterech ma koronawirusa. Właściciel tego nie zgłosił. Miałby sanepid na głowie, musiałby zamknąć interes. Inni robią podobnie - nikt ich nie kontroluje, nie nakłada kar. We Francji, w ogóle na Zachodzie, to nie do pomyślenia. Kary za takie oszustwa są potwornie wysokie. Nikt tak naprawdę nie wie, ile osób jest zakażonych, nikt nie wie, gdzie jest bezpieczny. Nie słuchamy, nie zbieramy informacji, a wiedzy nie mamy, bo wiedza wymaga opracowania, analiz. Sama informacja niewiele daje ludziom, ale im się wydaje, że załatwi sprawę. Nie załatwi sprawy. Absolutnie nie!

Jesienią sytuacja może być jeszcze gorsza!

Może będzie gorsza. Nie analizuję tego. „Jutro będzie dobry dzień, tylko małą prośbę spełń” - śpiewa mi sąsiadka.

Wspomniał pan już o tym, ten czas nauczył nas jednak także solidarności, pomagania sobie wzajemnie, prawda?

Ale w jakiej formie! Bez maski. Tych odruchów jest sporo, ja tego nie neguję. Ludzie są oburzeni, kiedy podchodzą do dziecka, a ja mówię: „Proszę odejść, bo nie ma pan maski”. Za każdym razem będę tak mówił. Jak mówiłem, wzrosło zapotrzebowanie na mediacje. Przychodzą do nas ludzie i mówią: „Niech nam pan pomoże, bo się musimy porozumieć, mamy dzieci”. „Ale dzieci nie są jednym źródłem rzeczywistości, chodzi o to, żebyście byli szczęśliwi” - tłumaczę. „A tam, takie małe dzieci nie widzą, nie czują” - słyszę. Nie zdają sobie sprawy, że to nie tak, że dziecko do drugiego roku życia wcale nie zapomina błyskawicznie, że boi się kogoś, bo ktoś krzyczał. Młodzi mają z reguły lepsze wykształcenie, z nimi szybciej się pani dogada. Zgadzają się z panią albo nie. Niewielu z nich uznaje wiarę w ideologie, jako jedyny wymiar, umawiają się, że są wierni grupowo. „W mojej wsi, proszę pana, to wszyscy głosują na prawicę”. „Wszyscy, ale nie pan” - mówię. „No, ja nie, ale ja jestem w mieście” - to odpowiedź, która bardzo mnie zdziwiła. Warszawa jest zupełni inna niż otoczenie, Mazowsze to nie jest to samo. Poza tym, rzeczywiście, awantury w domach są większe, ale ludzie na ulicy przestali używać przekleństw. Bardzo mnie to zdziwiło. Pilnują się, pewnie zwracano im uwagę w tramwajach, tramwajach środkach komunikacji, sklepach, więc się zaczęli pilnować. Ale to niczego nie zmienia. Są tak samo wulgarni, tylko używają innych słów. A jak przekroczą granicę własnego lęku, to nie liczą się ze słowami. To nie dotyczy tego, co pani słyszy na ulicy, tylko tego, co kryje się w czterech ścianach.

Myśli pan, że pandemia sprawiła, iż tę granice lęku przekraczają coraz częściej?

Myślę, że w ogóle pandemia przekroczyła pewną granicę, bo jeśli słyszy pani rano informacje, że zakażonych jednego dnia jest 600 osób, to inna liczba niż 60, czy 100, prawda? Ludzie są logiczni, przeliczają, że na prawie 40- milionowy kraj 600 przypadków, to tyle co nic! „Jak będzie powyżej tysiąca, to będę się martwił. Teraz się nie martwię” - mówi mój sąsiad.

Ale się martwi prawda?

Ale pewnie, że się martwi. Deklaruje na zewnątrz, że się nie martwi, ale się martwi i skrywa to. Ludzie mówią różnymi językami. Czytanie tych języków, intencji, które za nimi się kryją, wcale nie jest łatwe. Dam pani prosty przykład: idą po schodach i się kłócą, cały czas słyszę wrzaski. Przechodzą przez taki próg, u mnie jest próg przed wejściem, wysoki, niepotrzebny, ale jest, i on do niej: „Uważaj, uważaj, bo się przewrócisz!”, „O, dobry się znalazł!”. On, mimo że miał do niej pretensje, złapał ja pod rękę, żeby się nie wywróciła. Tyle tylko, że ona nie odbiera tego jako życzliwości. To jest coś, co smuci. Dlatego potrzebna jest mediacja, dostrzeżenie tych różnych języków i intencji.

Jak sobie z tymi lękami radzić?

Trzeba je oswoić. Oswajanie lęków jest najtrudniejsze. Trzeba się do nich zbliżyć, trzeba je przerobić. Na terapii lęku przed lataniem trzeba człowieka skłonić do wejścia do samolotu. Musi mu pani pokazać, jak to zrobić, a potem najlepiej, żeby się jeszcze tym samolotem wzniósł nad lotnisko i wylądował.

Trudno się z koronawirusem oswoić, tym bardziej że mało o nim wiemy.

Trzeba by wszystkich wysłać do kopalni, ale to bez sensu. Uważam, że najlepszy sposób, to więcej informować i więcej mówić. Bardzo dobrze informował lekarz, nie będę wymieniał jego nazwiska, bo znowu będzie miał kłopoty, ale on tłumaczył ludziom, po co nosić maseczki, dlaczego trzeba myć ręce. Fachowo i konkretnie. I jeszcze jedna rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę: chociaż Kościół się stara, naprawdę, w przypadku pandemii się stara, to ludzie wciąż liczą na cud. Jak klękają przed obrazem Matki Boskiej, to zdejmują maseczki. Ośmieliłem się zapytać pewnej pani: „Czemu pani zdejmuje maseczkę?”, „Nieswojo, mi, wie pan, mówić modlitwę z zasłoniętymi ustami. Tak jakbym ręką je zasłaniania” - usłyszałem. To sytuacja z Warszawy, a co się dzieje na wsi? Czy ta refleksja jest wypowiadana? Mówię bez maseczki, żeby Bóg usłyszał, bo w maseczce może by nie usłyszał. Zobaczyłby mój grzech, zobaczyłby moje wnętrze, widziałby, że się boję. To trudne dla wielu ludzi. Wielu kapłanów nie umie temu lękowi sprostać, bo sami się boją. Poza tym, tak jak te siostry zakonne, które pomagały, mogą zachorować. Boją się tego, a gadają, że się nie boją, bo się boją właśnie.

Dorota Kowalska

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.